SCENA PIERWSZA
W małym lasku
spotykamy dwa duże smoki
Pewnego ranka
smok Antoni obudził się o dziesiątej, leżał pod dębem i ziewał.
Za każdym ziewnięciem sto dwadzieścia trzy liście spadały z
drzew. Smok próbował liczyć spadające liście. Ale potrafił liczyć
tylko do osiemnastu, wkrótce mu się to znudziło, więc wstał
i poszedł na spacer. Po jakimś czasie usłyszał głośne dudnienie,
a z drzew posypał się prawdziwy huragan liści.
Kto tak mocno tupie? - pomyślał smok Antoni. Mama zawsze mi
mówiła, że w lesie należy zachować ciszę. Ledwie to pomyślał,
gdy spośród drzew wyłonił się drugi smok. Był większy od Antoniego
i mocno kulał.
- A! - powiedział Antoni.
- O! - odezwał się drugi smok.
- Z kim mam przyjemność? - Antoni zapytał grzecznie.
- Wincenty Smok - powiedział drugi smok.
- Co za spotkanie! Dwa smoki w jednym lesie! Co za radość! -
cieszył się smok Antoni.
- Czy to ty tak głośno tupałeś? - zapytał smok Wincenty Smok.
- Nie, to ty - odparł smok Antoni.
- No tak, to moje biodro sprawia mi kłopot, nawet po tylu latach
- westchnął Wincenty.
- Co się stało? Kto śmiał przetrącić biodro tak szlachetnego
smoka? - współczuł Antoni.
Wincenty podrapał się po głowie. Głowę miał niewielką i całkiem
łysą. Oba smoki były tłuste, z dużymi brzuchami i gdzieniegdzie
wyrastały im kłaki zielonych włosków, a na brodach miały brodawki.
Każdy z nich miał zawieszony na szyi termos z zupą ogórkową.
- Widzisz - zaczął Wincenty - Było to dwieście osiem lat temu,
tak mniej więcej na jesieni. Wylegiwałem się w kartoflisku,
gdy raptem napadł na mnie rycerz. Taki był ambitny, że nie pytając
o nic zaczął ze mną walczyć. To znaczy, ja nie walczyłem, on
walczył. Przetrącił mi biodro i chyba by mnie zabił, gdybym
nie zaczął udawać martwego smoka. Mam zdolności aktorskie, więc
jako martwy smok wyglądałem całkiem przekonywająco. No i rycerz
pojechał dalej, szukać innych, żywych smoków. Tak... Młody był
ten rycerz, taki chłopak. Wołali na niego Jerzy. - Wincenty
rozmarzył się trochę, wspominając dawne czasy.
- A wiesz - Antoni chciał pokazać, że też ma co opowiadać. -
Tutaj niedaleko mieszka taki stary smok w zamku. Starszy od
nas, chodził z moim ojcem do szkoły i razem siedzieli w smoczej
ławce. Właśnie on niedawno porwał księżniczkę!!
Wincenty zainteresował się wyraźnie.
- Niemożliwe! Stary smok? Że też mu się jeszcze chciało?
- Tak, tak - Antoni był dumny z siebie. - Tutejsze smoki także
bywają dzielne. Ja sam nie bardzo mam się czym pochwalić, ale
ja mam dopiero 180 lat. Mam czas, czyż nie?
- A dużo smoków w okolicy? - zapytał Wincenty.
- Bo ja wiem... Oprócz nas i tego na zamku to nie słyszałem
o żadnym. Ale gdyby tak dobrze poszukać, to by się coś wygrzebało.
- Chyba tak... - Wincenty najwyraźniej nad czymś się zastanawiał.
- Bo wiesz, przyszło mi do głowy, że można by zagrać w piłkę.
Antoni aż podskoczył do góry, a kiedy opadł na ziemię, trzy
pobliskie drzewa zostały zupełnie bez liści.
- No, no! - zawołał - to gramy, chodź!!!
- E, nie we dwóch... sprzeciwił się Wincenty. - Myślałem o meczu.
No wiesz, żeby w nogę zagrać.
Antoni zasępił się natychmiast.
- To zupełnie niemożliwe - powiedział. - Skąd weźmiesz dwadzieścia
dwa smoki? Coś ty, oszalałeś?
Wincenty uśmiechnął się szeroko.
- Może i oszalałem i nie wiem, skąd wezmę dwadzieścia dwa smoki.
Ale tylko pomyśl... Duża, zielona łąka. Z dwóch krańców bramki.
Na środku łąki piłka. A na łące... na łące rozsiane jak kwiaty
dwadzieścia dwa smoki...
- A sędzia? - przypomniał sobie Antoni.
Wincenty nie przestawał się uśmiechać.
- Jak będą dwadzieścia dwa smoki, to i dwudziesty trzeci się
znajdzie. Publiczność też by się przydała.
- Do tego możemy wziąć ludzi.
Wincenty przestał się uśmiechać: - Teraz to ty chyba oszalałeś.
Jeśli widok jednego smoka wpędzi ich w histerię, to wyobrażasz
sobie, co by się działo na widok dwudziestu dwóch smoków?
- No właśnie - zgodził się Antoni. - Tego w ogóle nie mogę pojąć.
To przecież taki piękny widok. Dwadzieścia dwa smoki pośrodku
dużej, zielonej łąki. Najpiękniejszy widok na świecie!
SCENA DRUGA
Zapoznajemy
się ze smoczą muzyką
W środę rano smok
Antoni i smok Wincenty Smok poszły na grzyby. Przez długi czas
nie mogły znaleźć ani jednego dobrego grzyba.
- Spójrz - powiedział Antoni - same niejadalne. Borowiki, kurki,
koźlaki... A tak bym zjadł parę pięknych, czerwonych muchomorów
smażonych na maśle. Albo muchomora szatana. Byleby nie był robaczywy...
- Poczekaj - wysapał Wincenty, obcierając czoło chustką, bo
było bardzo gorąco.
Smoki lubią takie rzeczy jak muchomory i różne inne paskudztwa.
Są to ich przysmaki, po których bardzo szybko rosną i z pysków
wydmuchują ogień.
Po chwili znaleźli duże pole pełne pięknych muchomorów. Wincenty
splunął ogniem z radości, a Antoni wypuścił nosem parę kłębuszków
czarnego dymu. Szybko nazbierali kosz muchomorów, usiedli pod
dębem i ułożyli stos gałązek, żeby rozpalić ognisko. Ułożyli
grzyby na patelni, a kiedy były gotowe, zjedli je z apetytem.
Położyli się na plecach, syci i zadowoleni, i zaczęli rozmawiać.
- Ciekawe, dlaczego ludzie nie jedzą muchomorów? - zauważył
Antoni.
- Bo im szkodzą - stwierdził Wincenty.
- A tam, mały ból brzucha jeszcze nikomu nie zaszkodził.
- Ale im bardzo szkodzą. Oni mogą zjeść muchomory tylko raz.
Potem już na nic nie mają ochoty.
- To co innego - zgodził się Antoni. - W takim razie lepiej,
żeby ich nie jedli.
W lesie rozległo się głośne tupanie.
- Oho! - mruknął Wincenty. - Będziemy mieli gości...
Na polanę wszedł smok. Miał różową grzywkę, długie fioletowe
włosy związane na karku w ogonek, na szyi termos, a na ramieniu
saksofon. Był spocony i bardzo niezadowolony. Spojrzał na oba
smoki leżące w cieniu i spochmurniał jeszcze bardziej.
- Ile jest 36 razy 36? - zaryczał ponuro.
- Nie wiem - bez namysłu odpowiedział Antoni.
- Tak, on nie wie naprawdę - dodał Wincenty Smok.
- Dobra odpowiedź - zagrzmiał z zadowoleniem trzeci smok, usiadł
na trawie obok nich i zaczął grać na saksofonie. Po chwili przerwał
i powiedział: - Możemy zostać przyjaciółmi. Zawsze przerażały
mnie smoki, które wiedziały, ile jest 36 razy 36. Taką wiedzę
uważam za dowód braku wyobraźni.
- Ale my nie mamy wyobraźni - zaprotestował Antoni. - Nie potrafimy
sobie wyobrazić niczego, czego nie zobaczymy lub nie pomacamy.
Trzeci smok pograł przez chwilę na saksofonie, a potem zapytał:
- A możecie sobie wyobrazić moją muzykę?
- Tego nie trzeba sobie wyobrażać. Przecież ją widać - mruknął
Wincenty Smok. - Jak zaczynałeś grać, to było widać pomarańczowe
motyle skaczące po grubym, miękkim materacu, potem zielone nietoperze
opalały się w hamakach, a na końcu przyleciał Łysy Pies, zakaszlał,
wypił butelkę oranżady i zaczął się głośno śmiać, i wtedy wszystko
zniknęło.
- To prawda, tak było - potwierdził Antoni. - Sam widziałem.
Trzeci smok poderwał się na łapy, skłonił głowę tak gwałtownie,
że mu się różowa grzywka rozwiała nad czołem i powiedział:
- Nazywam się Smok Zygmunta i mam zamiar zostać waszym dozgonnym
przyjacielem, czy tego chcecie, czy nie.
Oba smoki popatrzyły po sobie niepewnie.
- Dlaczego "Smok Zygmunta"? - zapytały jednocześnie.
Smok Zygmunta usiadł i zagrał na saksofonie. Powietrze wypełniło
się pomarańczowymi motylami i zielonymi nietoperzami, za którymi
gonił Łysy Pies.
- Już byś przestał
- warknął Antoni. - Ten Łysy Pies mnie denerwuje.
Smok Zygmunta przestał natychmiast, Łysy Pies zniknął i smok
zaczął opowiadać:
- Mój ojciec miał na imię Zygmunt. To raz. Kiedy się urodziłem,
to byłem taki duży jak dzwon Zygmunta i głos miałem silny jak
dzwon Zygmunta. To dwa. Więc moja mama nazwała mnie Smok Zygmunta.
To trzy. A że jestem ukochanym jedynakiem, więc na tym się skończyło.
- To cztery - powiedziały razem oba smoki.
- Co "cztery"? - zdumiał się Smok Zygmunta.
- Nic!
- Dobra odpowiedź - stwierdził Smok Zygmunta i zaczął grać na
saksofonie. Tym razem Łysy Pies pojawił się tylko na chwilę,
ale zobaczywszy groźne spojrzenie Antoniego, zaraz zniknął.
Na jego miejsce przybiegły myszy z różowymi brzuszkami, ustawiły
się w pary i zaczęły śpiewać kołysanki. Kołysanki były tak piękne,
że smok Antoni i Wincenty Smok od razu usnęły. Smok Zygmunta
grał dalej, po chwili pojawił się znów Łysy Pies, tym razem
pewny siebie, bo Antoni spał. Przyniósł ze sobą grzebień i zaczął
czesać śpiewające myszy. Gdy uczesał już wszystkie, Smok Zygmunta
przestał grać, wszystko zniknęło i Smok Zygmunta zasnął. Łysy
Pies co chwila wysuwał łeb z saksofonu i ciężko wzdychał, żeby
pokazać, że jest mu bardzo smutno. Stary dąb szumiał nad smokami,
a jego liście wyglądały jak zielone nietoperze.
SCENA TRZECIA
O tym, jak
ciężki jest los Żaby
Nikt w lesie nie
lubił żaby. Żaba był zielona, miała pryszcze na plecach i wyłupiaste
oczy. Lubiła mowić o sobie i ciągle się chwaliła. Ale najgorsze
było to, że nikt nie chciał się z nią ożenić. Żaba była starą
panną.
Tylko smoki czasami z nią rozmawiały i zabierały z sobą na wycieczki
albo zapraszały na obiad.
- Ty jesteś takim niewyrośniętym smokiem - mówił Wincenty Smok.
- Gdybyś była większa... No, ale cóż... Nie można mieć wszystkiego.
Pewnego dnia smok Antoni i Smok Zygmunta siedziały na polanie
i podgrzewały w kociołku zupę ogórkową. Żaba siedziała obok
nich i udawała, że nie jest głodna.
- Ja wcale nie lubię zupy ogórkowej - skrzeczała. Smok Antoni
zmarszczył brwi.
- Zupa ogórkowa jest bardzo smaczna - warknął. - Nie marudź,
bo cię zjem.
- Ty nie lubisz Żab - przypomniała mu Żaba.
- Ale zawsze mogę się nauczyć - powiedział Antoni i rzucił w
Żabę kawałkiem kartofla.
Na polanę wszedł Wincenty Smok.
- Która gadzina?!! - zaryczał.
- Nie gadzina, a godzina - poprawił go Smok Zygmunta.
- Cicho!!! Powtarzam: która gadzina nadepnęła mi rano na odcisk?!
- ryczał Wincenty.
Żaba wytrzeszczyła oczy i ze zdenerwowania zaczęła wyłamywać
palce u rąk. W końcu krzyknęła, a wyłupiaste oczy prawie wyskoczyły
jej z głowy:
- To ja! Ale nie nadepnęłam! Ja się potknęłam i upadłam, a twoja
noga znalazła się akurat pod moim brzuchem. To twoja wina.
Wincenty popatrzył na nią zimnym wzrokiem.
- Jesteś jednak bardzo niesympatycznym stworzeniem - powiedział
spokojnie. Żaba zdenerwowała się jeszcze bardziej.
- Nieprawda! Nieprawda! Tak wszyscy mówią, bo mam wyłupiaste
oczy i pryszcze na plecach. Ale ja mam bardzo dobre serce. Duże
i dobre. I to nieprawda, że nikt mnie nie lubi. Moja mama mnie
lubi. I mój tata też, czasami.
Smoki wpatrywały się w Żabę w milczeniu.
- No, cóż - powiedział po chwili Smok Zygmunta - zjemy chyba
tę zupę. Żaba się nie zmieni. Jest na to za stara.
Zjedli zupę. Żaba także. Wprawdzie wyławiała z zupy marchewkę
i wyrzucała chyłkiem w trawę, ale resztę zjadła grzecznie. Szczególnie
smakowały jej ogórki, bo były takie zielone jak ona.
Po obiedzie smoki zdecydowały, że pójdą na zwiady.
- A co będziemy zwiedzać? - zainteresowała się Żaba.
- Cicho, ty żabia prostoto! - ryknął Antoni. - Nie będziemy
nic zwiedzać. Będziemy badać teren. Może
znajdziemy jeszcze jakieś smoki.
- Albo żaby... - rozmarzyła się Żaba.
- Niedoczekanie... - szepnął Wincenty Smok. - Jedna gadzina
wystarczy - i wyruszyli.
Szli gęsiego - Antoni, Wincenty, a potem Smok Zygmunta. Żaba
siedziała na głowie Wincentego i wytrzeszczała oczy. Smok Zygmunta
grał cicho na saksofonie. Łysy Pies się nie pojawiał, za to
co chwila z saksofonu wysuwał łeb ogromny, fioletowy kocur.
Miał żółty brzuch, paznokcie pomalowane na czarno, a na głowie
włóczkowy beret w kolorowe paski. Żaba oglądała się co chwila,
żeby mu się dobrze przyjrzeć. Jak tylko przestanę obgryzać paznokcie,
to pomaluję je sobie na czarno - pomyślała. Potem zapytała:
- Czy ty potrafisz zagrać żabę?
- Potrafię - odparł Smok Zygmunta. - Ale po co? To nie byłaby
ładna melodia.
Żaba się obraziła.
Nagle na ścieżce pojawiła się kura. Smoki zatrzymały się, a
żaba pomyślała, że kura ma jeszcze brzydsze oczy od niej. Kura
miała pochylony łeb i wpatrywała się w piasek pod swoimi kurzymi
łapami. Smok Antoni chrząknął głośno, kura nic. Więc zakaszlał
delikatnie, opalając kurze koniec ogona ogniem z pyska. Kura
obejrzała się za siebie i zdziwiła się bardzo, zobaczywszy żałosne
resztki piór na swoim kuprze. Ale kurze zdziwienie nie trwa
długo. Kura znów pochyliła łeb, ale coś ją tknęło i stwierdziła,
że powinna porozglądać się dookoła. Spojrzała na ścieżkę i z
jej gardła wydobył się przeraźliwy dźwięk.
- Co jej jest?! - zaniepokoił się Smok Zygmunta.
- Chyba się boi - powiedział Wincenty.
- Nie bój Żaby - zaskrzeczała łagodnie Żaba.
- Nie bój smoka - podchwyciły smoki.
- O rety! - krzyczała kura. - O rety, rety, rety!!! Smok! Dużo
smoków! I smocza żaba! O rety!!!
- Nie histeryzuj, bo cię nikt nie będzie lubił - powiedziała
zimno Żaba.
- No to co? - Krzyknęła kura przelatując nad krzakiem głogu,
i przebierając prędko krótkimi łapami uciekła, wznosząc za sobą
tumany kurzu.
- O!? - Powiedziały chórem smoki. - Latająca kura. Coś takiego!
- Kury nie latają - stwierdziła przemądrzale Żaba wytrzeszczając
oczy.
- Jak to nie latają?! Ta lata. Nie widziałaś? - oburzył się
smok Antoni.
- Widziałam, ale to o niczym nie świadczy - upierała się Żaba.
- Cicho, bo cię zjem - warknął Antoni. - Nabrałem ogromnego
apetytu na żaby od chwili poznania ciebie, ty gadzino.
- Chłopaki!!! - przerwał mu Smok Zygmunta i rzucił o ziemię
saksofonem, aż fioletowy kot dostał czkawki. - Już wiem! nauczymy
się latać. Jak kura może, to my też możemy!
- Pewnie - krzyknął smok Wincenty Smok. - Czy kura w czymkolwiek
jest lepsza od smoka?
- Nie jest lepsza, jest tylko mniejsza - zgodziła się Żaba łaskawie.
- A co jest potrzebne do latania? - dopytywał się nerwowo Antoni.
- Skrzydła i urwisko - stwierdził Wincenty.
- No tak. Skrzydeł nie mamy, ale kura też ma marne. Urwisko
jest najważniejsze. A jak będzie wiatr, to już w ogóle pójdzie
jak z płatka. Będziemy szybować, chłopaki - piszczał podniecony
Smok Zygmunta.
Smoki aż dostały rumieńców. Żaba też się zarumieniła, ale nie
wyglądało to ładnie. Biedna żaba. Smoki od razu to zauważyły.
- Przestań się rumienić. Wyglądasz paskudnie - zarechotał Antoni.
- Powinnaś się pudrować - dodał Wincenty.
- To mi popsuje cerę - skrzeknęła Żaba.
- Jaką cerę? I tak masz pryszcze na plecach - chichotał Smok
Zygmunta.
- Jesteście niegodziwce! Zwierzęta! W końcu kobiecie należy
się jakiś szacunek - Żaba była bardzo poruszona. Smoki przestały
żartować i zrobiło im się bardzo przykro.
- Nie płacz - burknął Wincenty. - Nauczymy cię latać. W nagrodę
pofruniesz pierwsza.
Żaba pocałowała Wincentego w policzek, zupełnie udobruchana.
- Idziemy do domu - zadecydował Smok Zygmunta. Jurto z samego
rana uczymy się latać. Można by poprosić kurę o parę lekcji.
Antoni zastanowił się przez chwilę.
- Mam pewne podejrzenie, że kura się nie zgodzi - powiedział.
- Trudno - stwierdziła Żaba. - Poradzimy sobie sami.
SCENA CZWARTA
Dowiadujemy
się, że smok to nie ptak
Następnego dnia
z samego rana smoki poszły nad urwisko. Poszły same, ponieważ
Żaba zachorowała na świnkę i pójść nie mogła. Płakała głośno,
ale nic jej to nie pomogło. Smoki kazały jej leżeć na kupie
suchych liści i chorować. Więc Żaba leżała i chorowała, a smoki
poszły.
Urwisko było wysokie, strome i bardzo straszne. Na brzegu rósł
krzak głogu, który miał mało liści, a dużo kolców i poza tym
nic nie rosło. Smoki sposępniały i spojrzały w dół, marszcząc
brwi.
- Słabo dzisiaj wieje - zachrypiał Smok Zygmunta.
- Wieje tak jak potrafi, czego się czepiasz? - warknął Wincenty
Smok.
Smok Antoni bał się najbardziej, więc postanowił mieć to już
za sobą, jak najprędzej.
- Odsuńcie się - wyszeptał grobowym głosem. Smoki się odsunęły,
a Antoni cofnął się trochę, żeby mieć większy rozbieg i zaczął
biec w stronę urwiska, szybko przebierając łapami. Trochę przeszkadzał
mu tłusty brzuch. Już, już miał skakać, gdy Wincenty Smok krzyknął:
- Ogon!!!
Antoni w ostatniej chwili wyhamował, ryjąc piętami w piasek.
- Co "ogon"?!!! - ryknął.
- Rozcapierz ogon, to będziesz lepiej sterował - powiedział
spokojnie Wincenty.
- Twoja głupota jest większa niż to urwisko! Masz być cicho
i tyle, ty truflo!! - ryknął Antoni i skoczył. Przez chwilę
zawisł w powietrzu, spojrzał w dół, zamachał wszystkimi łapami,
puścił nosem trochę dymu z ogniem i zaczął spadać.
- Ty, on leci - stwierdził z zainteresowaniem Smok Zygmunta.
- Ale pionowo - zauważył ponuro Wincenty.
W tym samym momencie Antoni rąbnął z hukiem o ziemię, wznosząc
tumany kurzu. Potem rozcapierzył ogon i legł bez ruchu.
- Co on robi? - chrypnął Smok Zygmunta.
- Leży.
- Co ty robisz? - zawołał Smok Zygmunta do Antoniego.
- Leżę - odparł Antoni krztusząc się piachem.
- Miałeś latać - obraził się Wincenty.
Antoni obrócił się na plecy i spojrzał na oba smoki siedzące
na urwisku.
- Wiesz, w ostatniej chwili się rozmyśliłem. Więc zszedłem po
prostu na dół, dość szybko, jak widzieliście, a teraz się opalam.
Antoni zamknął oczy i pomyślał, że będzie się chyba musiał opalać
przez trzysta lat, zanim uda mu się wstać. Kości bolały go potwornie,
miał podbite lewe oko i ogromny guz na łbie.
Wincenty Smok i Smok Zygmunta rozmyśliły się trochę wcześniej
niż Antoni i więcej smoczych skoków nie było. Antoni był zbolały
i zły, ale i tak cieszył się w duchu, że udało mu się wstać
po trzydziestu minutach, a nie po trzystu latach. Trzeba się
cieszyć z drobnostek - pomyślał - bo nigdy nie wiadomo, jakie
urwisko czeka nas jutro.
Kiedy smoki wróciły na polanę, Żaba udawała, że nic nie zauważyła.
Przyznacie chyba, że nie jest łatwo przeoczyć trzy dorodne smoki
na małej polanie, ale Żaba była zdolna. Pod wieczór zwróciła
w stronę smoków żabie oczy i zaskrzeczała łaskawie:
- O, jesteście? Jak było?
Smok Wincenty już otworzył pysk, żeby jej odpowiedzieć, gdy
nagle Antoni zawołał:
- Jedno słowo z pyska, a stanie się coś strasznego!!!
Smoki zamarły w bezruchu, nawet Żaba siedziała cicho. Nikt nie
miał odwagi sprawdzić, co takiego strasznego by się stało, gdyby
jedno słowo wydobyło się ze smoczego pyska. Smoki nigdy więcej
nie próbowały latać, a Żaba nigdy nie dowiedziała się jak było,
ale za to miała świnkę.
SCENA PIĄTA
O smoczym budownictwie
i co z tego wynikło
- Zbudujemy mur
- powiedział Wincenty Smok we wtorek - a za tym murem zbudujemy
las, a potem go wyrąbiemy i zbudujemy boisko do piłki nożnej
i huśtawkę dla Żaby. Będziemy mieli mnóstwo roboty.
Smoki wybudowały mur bardzo szybko. Smok jest stworzeniem ambitnym
i potrafi pracować, jeśli zechce. A ponieważ taka ochota nachodzi
go bardzo rzadko, więc smoczych murów niewiele jest na świecie.
Po zbudowaniu muru smoki wdrapały się nań posapując z wysiłku,
bo przeszkadzały im tłuste brzuchy. A potem zeskoczyły na drugą
stronę i zamarły z zdziwienia. Stały tam zupełnie nowe, świeżo
upieczone smoki. Jeden był bardzo duży, a drugi był średni.
Włosy miały ostrzyżone na jeża, były bardzo szczupłe i poważne.
Stały nieruchomo, patrząc przed siebie dużymi, czerwonymi oczami,
aż Smok Zygmunta nie wytrzymał i zapytał z lekka ochrypłym głosem:
- Co wy?
- To samo, co wy - odparł spokojnie średni smok.
- Zaraz, zaraz! - krzyknął Wincenty. - Po pierwsze, spokój ma
być! A po drugie, dlaczego wy jesteście takie inne? nie wstyd
wam?
- Zupełnie nam nie wstyd - odrzekł spokojnie średni smok.
- My jesteśmy rasowe smoki i mamy prawo wyglądać tak, jak nam
się podoba. Rasa upoważnia do wielu rzeczy.
Antoni, Wincenty i Smok Zygmunta popatrzyły po sobie niepewnie.
- No, a my, to co? - szepnął Antoni.
- Wy jesteście kundle - odpowiedział z zażenowaniem nowy, średni
smok. Smok Zygmunta chlipnął pod nosem.
- A po czym poznaje się rasowego smoka?
- Rasowy smok przechodzi mutację - wyjaśnił Nowy Średni. - Dlatego
mój kumpel nic nie mówi. Wstydzi się. Mówi jak kura.
- Biedny... - szepnął Smok Zygmunta.
- Poza tym rasowe smoki są przeważnie szczupłe, poważne i bardzo
muzykalne. Są tak muzykalne, że nigdy nie słuchają muzyki. Muzyka
je drażni i w tym rozdrażnieniu zjadają ludzi.
- A co jedzą, gdy nie są rozdrażnione?
- Krochmal.
Smoki zamilkły.
- A jak na was mówić? - przerwał ciszę Wincenty.
Nowy Średni puknął palcem w zapadniętą pierś kolegi i powiedział:
- To jest Zdzisław. A ja się w ogóle nie nazywam, bo szkoda
mi na to czasu.
- A dlaczego byliście za tym murem?
Zdzisław milczał, wiec Nowy Średni wyjaśnił:
- My tak zawsze. Za jakimś murem. Jak nam ktoś muru nie postawi,
to nic z tego, nie ma nas. A jak jest mur, to owszem, możemy
nawet postraszyć. To taka pozostałość z życia na podzamczu.
To się chyba nazywa urazy z dzieciństwa. Tak mi tłumaczyła kiedyś
pani doktor, ale za dużo mówiła, więc ją zjadłem. Mam nadzieję,
że wyciągnęła z tego odpowiednie wnioski.
- Ty też dużo gadasz - burknął Antoni.
- Ja mogę. Ja jestem rasowy.
Zdzisław nie wytrzymał i zaskrzeczał nagle kurzym głosem:
- Jeść!!!
- Trzeba było od razu tak mówić - powiedział Wincenty. - Na
polanie Żaba gotuje czarną polewkę. Chodźmy ją postraszyć.
I smoki poszły.
SCENA SZÓSTA
O tym, jak
nieprzyjemnie jest być warzywem
Żaba miała straszny
sen. Śniło jej się, że jest cebulą, rośnie w ziemi po samą szyję,
a na głowie ma szczypior. Ale zacznijmy od początku.
W małym ogrodzie, otoczonym przez stare krzewy bzu, rosły najróżniejsze
warzywa. Na grządce z cebulą, w samym środku, rosła Żaba. Sen
był naprawdę straszny. Żaba nie miała nóg ani rąk i było jej
z tym bardzo niewygodnie. Popiskiwała cienko wiercąc się w ziemi
w nadziei, że uda jej się wygrzebać na powierzchnię. Inne cebule
patrzyły na to niechętnym okiem. Jedna z nich powiedziała nawet:
- Ta cebula jest niewychowana. Rozpycha się.
Żaba na chwilę znieruchomiała z oburzenia i już miała coś powiedzieć,
gdy raptem na jej głowie usiadł motyl Bielinek Kapustnik. Żaba
wrzasnęła przerażona. Inne cebule zaczęły chichotać, a jedna
z nich oznajmiła:
- Widać pomyślał, że jesteś kapustą. Chi, chi, chi!
Motyl spojrzał groźnie na grządkę, potem w dół na Żabę pod postacią
cebuli:
- Cicho, kobiety. Tylko trochę odpocznę i polecę dalej. Nie
ma o co robić tyle hałasu.
- Dobrze ci mówić! - warknęła Żaba. - Tobie nikt nie siedzi
na głowie. Jak się obudzę i będę znowu Żabą, to cię zjem.
Motyl spojrzał na nią spokojnie.
- Tak prędko to się jeszcze nie obudzisz. Byłem przed chwilą
na waszej polanie i wszyscy chrapią, że aż miło. Ty też śpisz
w najlepsze.
Żaba posmutniała.
- To co ja teraz zrobię? Nudzi mi się okropnie na tej grzędzie
i na pewno wyglądam śmiesznie z pęczkiem szczypioru na głowie.
- Wyglądasz bardzo ładnie. I nie masz wyłupiastych oczu. To
powinno cię trochę pocieszyć.
- Mnie już nic nie pocieszy - rzekła ponuro Żaba i zamachała
rozpaczliwie pękiem szczypioru.
W tym samym momencie nadleciało stado różnych motyli, kołując
nad głową Żaby-cebuli. Był tam Paź Królowej, nazywany również
Jaskółczym Ogonem, był Modraszek Lazurek, Cytrynek i parę innych
motyli. Jeden z nich krzyknął do Bielinka Kapustnika:
- Rysiu! No jak tam z naszą próbą?
- Jaką próbą? Jaką próbą? - zaszeptały zaciekawione cebule i
nawet Żaba nadstawiła ucha. Rysio dumnie wypiął wątłą pierś.
- Chłopaki i ja założyliśmy zespół baletowy i właśnie odbywamy
próby do naszego pierwszego przedstawienia pod tytułem "Los
motyla nad jeziorem łabędzim" - powiedział.
- A motylice też biorą udział? - zapytała duża, dorodna cebula
rosnąca na końcu grzędy.
- Nie, "motylice", a motyle kobiety - poprawił ją
Modraszek Lazurek. - Niektóre biorą udział, tylko moja żona
nie, bo nasze lazurkowe kobiety są czarne. A czarny kolor nie
pasuje do dekoracji. Natomiast będzie śpiewała w chórze.
W tej samej chwili z oddali dobiegł głośny, trochę fałszujący
śpiew. Głosy były niskie, trochę ochrypłe, a chwilami wybijał
się spomiędzy nich delikatny dźwięk saksofonu.
- To wasze kobiety tak śpiewają? Okropieństwo! - zapiszczały
cebule, tylko Żaba trochę się skuliła i zacisnęła usta, podejrzewała
bowiem, co za chwilę nastąpi.
I rzeczywiście, na ścieżce ukazała się grupa smoków idących
gęsiego ze śpiewem na ustach. Na końcu szedł Smok Zygmunta i
grał na saksofonie. Motyle ze zdumienia pootwierały szeroko
usta. Żaba wychyliła się z ziemi jak najbardziej mogła i krzyknęła
gromkim głosem:
- Tu jestem! Ratunku!
Smoki od razu zamilkły i zaczęły rozglądać dookoła. Najpierw
zauważyły rój motyli.
- Zobacz, motyle - powiedział Antoni.
- Przecież widzę - burknął Wincenty Smok.
Smok Zygmunta wzruszył lekceważąco ramionami.
- Ja potrafię zagrać lepsze motyle. Moje tańczą na materacach,
noszą kolorowe rajstopy i baletki z atłasu, a na głowach mają...
- Co się wymądrzasz?! - krzyknął z oburzeniem Paź Królowej.
My też mamy baletki i rajstopy. A na głowach nosimy diademy
z prawdziwymi brylantami. To znaczy z takimi szkiełkami jak
brylanty. I nikt nie wie, że to nie są prawdziwe brylanty! Nikt!!
- Jak to nikt? - zaśmiał się Smok Zygmunta. - Ja wiem.
- Skąd? - zdziwił się Paź Królowej.
- Ratunku!!! - rozległ się rozdzierający krzyk Żaby.
- Ojej, to chyba głos Żaby - zaniepokoił się Nowy Średni, a
Zdzisław zakaszlał nerwowo.
- Tak, tak, to głos Żaby - krzyczała Żaba. - To ja tu rosnę
w ziemi i nie mogę się obudzić! Czy moglibyście wrócić na polanę
i mnie obudzić, żeby ten straszny sen się skończył?
- Żaba... - zdziwił się Wincenty, zaglądając pod kępkę zielonego
szczypioru. - Ale ci się sen trafił, chi, chi, chi...
- Wincentku kochany - jęczała Żaba. - Obudźcie mnie, błagam.
- Moja droga, twój sen jest twoją sprawą. A po drugie, my też
śpimy i śnimy. Śni nam się właśnie, że spotkaliśmy pyskate motyle
i Żabę rosnącą w ziemi w charakterze cebuli. Będziemy cię mogli
obudzić dopiero, jak sami się obudzimy.
Żaba zamilkła z przerażenia, a Wincenty obrócił się do smoków
i krzyknął:
- Smok Zygmunta, grać! Śnimy dalej.
Smok Zygmunta zaczął grać, smoki zaczęły śpiewać ochrypłymi
głosami i smoczy szereg pomaszerował ścieżką w stronę lasu.
Po chwili ciszy odezwał się Paź Królowej:
- Rysiu, skąd oni wiedzieli, że nasze szkiełka to nie są prawdziwe
brylanty?
- O rety! - zdenerwował się Rysio Kapustnik. - Jesteś najgłupszym
motylem na grzędzie z cebulą!
Paź Królowej się rozpłakał.
- Nie rycz! - warknął Rysio Kapustnik i podał mu dużą, białą
chustkę. - Będziesz miał czerwone oczy i jak to będzie wyglądało
podczas przedstawienia? Wygwiżdżą cię.
- Rzeczywiście - szepnął Paź, głośno czyszcząc nos i ocierając
oczy.
- A teraz, chłopaki, zaczynamy próbę - rozkazał Rysio Kapustnik
i motyle zaczęły tańczyć. Wszystkie cebule z Żabą włącznie podniosły
głowy i zaczęły z zaciekawieniem oglądać motyli balet. Wyglądało
to bardzo pięknie. Najpierw tańczył Rysio Kapustnik w roli Łabędzia.
Stąpał delikatnie na paluszkach, a białe skrzydełka z wdziękiem
układały się w wymyślne pozy. Paź Królowej również tańczył pięknie,
tylko zaczerwienione oczy trochę go szpeciły. Najtrudniejszą
rolę miał Modraszek Lazurek. Występował bowiem w roli nieba,
a chwilami w roli jeziora, i musiał starać się znaleźć we wszystkich
miejscach jednocześnie. Pozostałe motyle miały role drugorzędne,
ale tańczyły równo, co było niemałym osiągnięciem.
cebule patrzyły zachwycone. Żaba również. Właśnie stwierdziła,
że sen zrobił się nagle bardzo piękny i że chętnie pośniłaby
jeszcze, gdy nagle poczuła, że się budzi.
- Ojej! - krzyknęła z niezadowoleniem i raptem znalazła się
na polanie.
Przetarła oczy łapkami i rozejrzała się wkoło. Smoki spały na
plecach, oddychając głęboko. Obok, pod dębem, stały równiutko
poustawiane termosy z zupą ogórkową. Żaba pomacała się po głowie.
Szczypioru nie ma - pomyślała z zadowoleniem. Wyjęła lusterko
i zajrzała do niego ostrożnie. Wyłupiaste oczy są - westchnęła
ze smutkiem.
Potem odkręciła smocze termosy i z każdego ulała trochę zupy
ogórkowej do swojej miseczki. Zjadła zupę, popatrzyła na śpiące
smoki i powiedziała do siebie:
- Niech sobie pośpią. Taki kawał maszerowały śpiewając, że pewnie
są zmęczone. I Żaba pobiegła popływać do pobliskiego jeziorka.
SCENA SIÓDMA
O tym, co może
się wydarzyć podczas prania
Pewnego dnia smoki
postanowiły zrobić wielkie pranie. Przygotowały balię, mydło,
proszek do prania i sznury do rozwieszania upranych rzeczy.
Żaba siedziała pod dębem i przyglądała się im ponuro. Wreszcie
nie wytrzymała i powiedziała jadowitym tonem:
- Chłopaki, a co będziemy prać?
Smoki znieruchomiały przy swoich czynnościach i w patrzyły się
w Żabę czerwonymi oczami. Po chwili Smok Zygmunta wykrztusił:
- Ja mam kokardkę we włosach...
- Ja też - dorzucił Wincenty. Zapanowała cisza.
- Możemy uprać nasze termosy i saksofon - oznajmił po chwili
Nowy Średni niepewnym głosem.
- Wiecie co? zagrzmiała Żaba, zrywając się na nogi i nagle umilkła,
bo na polanę wbiegła Makrauchenia i schowała się za dębem.
- O, Makrauchenia - powiedział zdziwionym głosem Zdzisław.
Makrauchenia wysunęła głowę spoza dębu i zamrugała niepewnie
powiekami.
- Bezczelny... - wyszeptała. - Nawet jeżeli wiesz, kim jestem,
mógłbyś choć przez chwilę udawać zdziwienie.
Zdzisław się zarumienił i spuścił powieki. Makrauchenia poprawiła
koronkowy kołnierzyk, który nosiła luźno zawiązany wokół szyi
i wyszła spoza dębu. Stanęła na środku polany i powiodła po
smokach dużymi oczami, a na koniec wpatrzyła się w Żabę ze skupieniem.
- Masz bardzo brzydkie oczy - powiedziała oschle i zamrugała
złośliwie długimi, pięknymi rzęsami. Żaba zaczęła wyć z rozpaczy.
- Cicho być - warknęła Makrauchenia, wypięła pierś i zaczęła
mówić tonem starej ciotki:
- Nazywam się Makrauchenia. Przyjaciele mówią na mnie Chenia
albo Cheniutka. Jestem jedna, jedyna na świecie i dlatego jestem
pod ochroną. Ale ta ochrona nie jest zbyt uciążliwa, ponieważ
nikt nie wie o moim istnieniu. Gdyby się dowiedzieli... O rety!
- Makrauchenia aż zbladła na samą myśl o tym i zamilkła.
- To co by było? - zapytał z zaciekawieniem Smok Zygmunta i
wrzucił saksofon do balii z mydlinami.
Makrauchenia popatrzyła badawczo na balię, odwiązała kołnierzyk
i rzuciła go w mydliny w ślad za saksofonem.
- Jak prać, to prać - szepnęła do siebie, a potem powiedziała
głośniej.
- To by mnie wzięli do muzeum. A potem przyjechałaby telewizja,
radio, kronika filmowa... okropieństwo!
Smoki zaczęły uważnie przyglądać się Makraucheni. Było to dziwne
stworzenie. Makrauchenia była wielkości wielbłąda, miała długą
szyję i koński pysk, i długie nogi. Na końskim pysku sterczał
krótki ryjek.
Zdzisław podszedł bliżej do Makraucheni, pogłaskał ją po grzbiecie
i powiedział:
- Nigdy nic podobnego nie widziałem, a widziałem już bardzo
wiele. Nawet podejrzewałem, że widziałem już wszystko, a tu
się okazuje, że nie.
- Nie mogłeś nigdy nic podobnego widzieć, bo ja wymarłam dwanaście
milionów lat temu.
- Co ty za bzdury gadasz? - rozzłościła się Żaba. - Jak mogłaś
wymrzeć, skoro tu jesteś?
- To znaczy wymarły wszystkie inne Makrauchenie, oprócz mnie
- poprawiła się Chenia i usiadła na trawie.
Smoki przysiadły obok niej. Żaba była dalej obrażona i siedziała
nadęta obgryzając paznokcie. - Żaby nie mają paznokci - mruczała
do siebie - więc ponieważ nie powinnam ich mieć, to tak, jakbym
ich nie obgryzała.
- Czy ty jesteś smokiem? - zapytał Zdzisław Chenię ochrypłym
głosem.
- Smokiem chyba nie jestem, ale jestem ssakiem.
- My też ssaki - powiedział dumnie Antoni. - Bardzo lubimy ssać
smoczki.
- Wy nie żadne ssaki, a kundle - powiedział Nowy Średni, a Zdzisław
przytaknął mu w milczeniu.
- Zaraz, zaraz, czy kundel nie może być ssakiem? - wtrącił się
Smok Zygmunta.
- Nawet jeśli może, to jego ssakowatość przestaje być ważna
przy kundlowatości - odparł Nowy Średni. - A teraz daj nam porozmawiać
z tą biedną dziewczyną.
Makrauchenia spojrzała na niego ze zdziwieniem i szepnęła:
- To macie tu jakieś dziewczyny!?
- O rety - jęknął Zdzisław - nie dość że kobieta, to jeszcze
przygłupia.
- A ty jesteś niewychowany - obraziła się Chenia, wstała i poszła
usiąść obok Żaby. Żaba bardzo się ucieszyła.
- My, kobiety, powinnyśmy trzymać się razem - szepnęła Cheni
do ucha. - Bo ci mężczyźni nas zniszczą. Nawet sobie nie wyobrażasz,
jakie ja tu mam ciężkie życie.
Chenia westchnęła smutno: - Ja też mam ciężkie życie.
- Opowiedz! - poprosiła Żaba.
I Chenia zaczęła opowiadać.
SCENA ÓSMA
Bardzo smutna
i straszna opowieść Makraucheni
- Było to bardzo,
bardzo dawno temu. Tak dawno temu, że góry były wtedy płaskie,
morza płytkie, a rzeki krótkie. Na świecie nie było kwiatów
ani motyli, ani tak miłych Żab jak ty. Żyły makrauchenie, dinozaury
i pterodaktyle.
- Co to dinozaur? - przerwała jej Żaba z zaciekawieniem.
Smoki też przysunęły się bliżej i słuchały uważnie.
- Dinozaury - powiedziała Chenia - były to wielkie gady.
- A co to "gad"? - pytała Żaba.
- Gady to są takie zwierzęta, jak krokodyle, żółwie, jaszczurki
i węże.
- Paskudztwa - szepnęła Żaba. - Mów dalej.
- A co to pterodaktyl? - wtrącił Wincenty.
- O rety, to taki owoc, cicho bądź! - uciszył go Smok Zygmunta.
- Jaki owoc, ty głupoto - ryknęła Chenia ze zdenerwowaniem.
- To też były gady, takie jaszczury latające. Wyglądały jak
ptaki, tylko miały w dziobach zęby, a na skrzydłach pazury.
- O rety - jęknęła Żaba. - I takie coś latało?! Zęby i pazury,
i latało?! Rzeczywiście miałaś straszne życie.
- To wcale nie było straszne. Można się przyzwyczaić do wszystkiego.
Pterodaktyle były dla mnie bardzo miłe, bawiły się ze mną w
berka i śpiewały mi różne piosenki. A dinozaury bawiły się ze
mną w chowanego. Zawsze wygrywałam, bo były takie wielkie, że
nie mogły się nigdzie schować. Nawet jeżeli schowały się za
jakiś bardzo duży kamień, to kawałek pleców albo ogona, albo
czegoś tam im wystawał.
- A smoki nie są wielkie? - spytał Nowy Średni.
Makrauchenia spojrzała na niego z uwagą.
- Ty jesteś Średni, więc nie możesz być wielki. Ale i tak nie
byłbyś wielki, nawet gdybyś nie był średni. Wy, smoki - zwróciła
się Chenia do pozostałych smoków - wyglądałybyście przy dinozaurach
jak ratlerki.
- Chi, chi, chi - zaśmiała się Żaba. - Ratlerki! Wincenty ratlerek!
Chi, chi, chi!
Wincenty chwycił Żabę za prawą tylną łapę i rzucił ją w krzaki.
Po chwili Żaba wypełzła spod liści. Była już poważna. Cichutko
usiadła obok Cheni i powiedziała słodkim głosem:
- Opowiadaj dalej.
Chenia posłusznie zaczęła opowiadać.
- I całe nieszczęście zaczęło się właśnie od zabawy w chowanego.
Bawiłam się z kolegą, bardzo dużym i łagodnym dinozaurem. On
się chował pierwszy. Ale znalazłam go od razu, bo schował głowę
pod taki kolczasty krzak i myślał, że go w ogóle nie widać.
A potem była moja kolej. Schowałam się do jaskini. Jaskinia
nie była duża, ale mieszkało w niej sporo nietoperzy i było
tam bardzo wesoło. Siedziałam tam i siedziałam, i jakoś mój
kolega nie mógł mnie znaleźć. Nawet nie wiem jak długo tam byłam,
bo nie mam zegarka. Nawet gdybym go miała, to też bym nie wiedziała,
bo nie umiem odczytywać godziny. A wy umiecie?
- Pewnie - odpowiedział niepewnym głosem Antoni. - Teraz jest
trzecia.
- A gdzie masz zegarek? Przecież nawet nie spojrzałeś.
- I nie będę patrzył. Na zegarek patrzy się wtedy, kiedy nie
wie się, która jest godzina. A ja przecież wiem. Opowiadaj.
Chenia opowiadała dalej.
- W każdym razie, kiedy wyszłam z jaskini i rozejrzałam się
dookoła, był już inny świat. Nie było ani makrauchenii, ani
dinozaurów, ani pterodaktyli. Mojego łagodnego kolegi też nie
było.
Chenia posmutniała i umilkła. Smoki zamrugały oczami. Żaba zaczęła
płakać. Rysio Kapustnik, który nadleciał podczas opowiadania
Cheni i przycupnął na dmuchawcu, żeby posłuchać, schował głowę
w chude ramiona i siedział w milczeniu, wzdychając ciężko.
- Kiedy to było? - zapytał cicho Zdzisław.
- Dwanaście milionów lat temu, na wiosnę - odpowiedziała smutno
Chenia.
- Co?!!! - wrzasnął Smok Zygmunta tak głośno, że Rysio Kapustnik
spadł z dmuchawca i nabił sobie guza. I ty chcesz, żebyśmy w
to uwierzyli? Dwanaście milionów! Też coś! Czy ty wiesz, ile
to jest milion?
- Nie.
- No to skąd możesz wiedzieć, ile jest dwanaście milionów?
- Przeczytałam o tym w jakiejś książce - odparła spokojnie Makrauchenia.
- No, wiesz - chrząknął niepewnie Antoni, patrząc na Smoka Zygmunta.
- Ja sam mam sto osiemdziesiąt lat.
- A ja trzysta sześćdziesiąt sześć - dodał Wincenty Smok pojednawczo.
- Ja tam nie wierzę - denerwował się Smok Zygmunta.
- Makrauchenie są bardzo prawdomówne - powiedziała Chenia -
jak również nie lubią przesady.
- Ja jej wierzę - odezwała się Żaba. - Nikt by takich głupot
nie wymyślił. To musi być prawda.
Smok Zygmunta chciał zagrać na saksofonie, żeby mieć czas do
namysłu, ale przypomniał sobie, ż saksofon leży na dnie balii
z mydlinami.
- O rety - jęknął - Łysy Pies mi tego nigdy nie wybaczy. Tyle
czasu w mydlinach!
Zerwał się na równe nogi i pobiegł uprać swój saksofon. Chenia
również zapomniała chwilowo o smutku i zaczęła prać koronkowy
kołnierz. Przez dłuższy czas wszyscy prali. Żaba nie prała,
bo nie miała co.
Muszę sobie kupić białe podkolanówki - myślała - białe, żeby
się szybko brudziły i żebym zawsze miała coś do uprania. I pepegi.
Jak to będzie elegancko wyglądało - Żaba w pepegach.
Więcej opowieści w tym dniu nie było. Wkrótce na sznurach wisiały
uprane termosy, saksofon, kokardki i kołnierzyk Cheni. Wszyscy
poukładali się wygodnie wokół ogniska, które rozpaliła Żaba,
żeby odpędzić komary. Łysy Pies siedział pod krzakiem owinięty
w koc i kichał, patrząc ponuro na Smoka Zygmunta. Taki to psi
los - myślał - piorą cię w mydlinach, nawet nie pytając o zgodę.
Zapadła noc.
SCENA DZIEWIĄTA
Dowiadujemy
się, czego nam brakowało w dniu urodzin
Życie na polanie
toczyło się spokojnie przez jakiś czas. Nic specjalnego się
nie działo. Chenia zamieszkała ze smokami i widać było, że humor
jej dopisuje. Nauczyła się jeść zupę ogórkową i muchomory. Żaba
codziennie prała jej koronkowy kołnierz, a potem suszyła go
na sznurze w słońcu. Kołnierz był zawsze biały jak śnieg i pachniał
powietrzem. Wieczorami Smok Zygmunta grał na saksofonie, Łysy
Pies dał się przeprosić i brał udział w prawie każdej melodii.
Czasami przylatywał Rysio Kapustnik z kolegami i dawali przedstawienie.
Smoki bardzo chciały brać udział w niektórych widowiskach, ale
Rysio uważał, że są za ciężkie i za grube. Nie powiedział im
tego wprost, bo przecież by się obraziły. Wytłumaczył im natomiast,
że z pewnością nigdzie nie kupią baletek, w które dałoby się
wcisnąć tłustą, smoczą łapę, a taniec bez baletek jest nie do
pomyślenia. Smoki wkrótce przyznały mu rację i zadowoliły się
rolą widzów. Nawet im to odpowiadało, bo przed każdym przedstawieniem
kupowały wielką torbę karmelków i pożerały je w skupieniu, oglądając
tańce motyli. A ponieważ smoki bardzo lubią karmelki, więc wieczory
baletowe upływały w cudownej atmosferze.
Pewnego dnia, chyba w piątek (dobrze już nie pamiętam, ale na
pewno nie był to poniedziałek), Rysio Kapustnik przyleciał sam
i oznajmił, że dzisiaj jest poniedziałek, więc przedstawienia
nie będzie, bo w poniedziałki wszystkie teatry są zamknięte.
- Dzisiaj jest piątek - powiedziała ze zdziwieniem Żaba.
- Jak może być piątek, skoro nie będzie przedstawienia. Poniedziałek
i koniec. A przedstawienia nie będzie również dlatego, że mam
dla was niespodziankę. Dziś wieczorem rozpalcie ognisko i czekajcie
na mnie. O ósmej przyprowadzę tę niespodziankę, bo sama nie
chciała przyjść. Wstydzi się.
Rysio był wyraźnie podniecony, poprawiał rajstopy nerwowymi
ruchami i mrugał porozumiewawczo do Cheni. Chenia pisnęła cienko:
- Znalazłeś drugą Makrauchenię?
- Nie, nie, moja droga, dobra kobieto. Drugiej takiej jak ty
nie ma na całym świecie! - Rysio uśmiechnął się do Cheni z czułością.
Chenia oblała się pąsowym rumieńcem, a Żaba pomyślała ze zdziwieniem:
O rety, zakochał się! To samo musiało przyjść do głowy Cheni.
Spuściła nieśmiało powieki i poprawiła kołnierz, a kiedy ponownie
odważyła się spojrzeć, Rysia Kapustnika nie było już na polanie.
O godzinie ósmej wszystkie smoki, Chenia i Żaba siedzieli wokół
ogniska i czekali niecierpliwie na Rysia Kapustnika. Rysio się
spóźniał.
- Ach, ci artyści... - westchnęła Chenia. - Żadnego poczucia
czasu.
Smoki ponuro przytaknęły głowami.
- Jest, jest!! - wrzasnęła Żaba.
Rzeczywiście, Rysio przyleciał i usiadł na trawie obok Żaby.
- Jestem - wysapał. - A teraz, uwaga! - Rysio zwrócił się w
stronę pobliskich zarośli i krzyknął: Możesz wyjść!
Z krzaków wyszedł smok. Ale jaki! Wielki, puchaty, różowy od
łba do ogona, o prześlicznych pomarańczowych oczach i niebieskich
kłach. Futro miał bardzo długie i gęste, i bardzo miękkie. Wyglądał
jak kłębek puchatej wełny. Tylko że ten kłębek był potwornie
wielki.
Smoki rozdziawiły pyski ze zdumienia. Żabie oczy zrobiły się
jeszcze większe, a Chenia spojrzała na Rysia Kapustnika, mrugając
długimi rzęsami i szepnęła z uwielbieniem:
- Och, Rysiu...
Rysio Kapustnik wypiął dumnie wątłą pierś, a potem spuścił skromnie
oczka i powiedział spokojnie:
- To jest Tortowy Smok Urodzinowy. Błąkał się tu w okolicy jak
bezpański pies, więc postanowiłem przyprowadzić go do was.
- Pies, jaki pies? - zaskomlał Łysy Pies wychylając łeb z saksofonu,
a zobaczywszy puchatego smoka oniemiał. Ciekawe, jaka to rasa
- zdążył pomyśleć, ale wtedy Smok Zygmunta zauważył go i zmarszczył
brwi bardzo groźnie. Łysy Pies uśmiechnął się do niego, fałszywie
szczerząc zęby i schował się szybko.
Tortowy Smok Urodzinowy stał, przestępując z nogi na nogę, i
najwidoczniej bardzo się wstydził. Na szyi miał termos w aksamitnym,
żółtym pokrowcu przewiązany czarną aksamitką. Obok termosu,
na złotym łańcuszku, wisiał smoczek.
- O, ssak - powiedziała Chenia na widok smoczka.
- Smok - poprawił ją Tortowy. - Tortowy Smok Urodzinowy. Cieszę
się, że tu jestem.
Najlepiej wśród swoich.
- Pewnie, pewnie - rozczulił się Antoni. - Siadaj, chłopie,
pogadamy. Czemu tak śmiesznie się nazywasz?
- Bo to nie jest moje imię. to jest definicja.
- De... - co?
- Definicja. Definicja tłumaczy, po co coś istnieje i do czego
jest używane. Ja jestem używany do urodzin. Albo byłem. A może
nigdy nie byłem, a miałem być? Sam nie wiem.
- Może powiedz dokładniej o co chodzi, bo my nic nie rozumiemy
- przerwał mu Rysio Kapustnik. Puchaty smok zmarszczył brwi
i zaczął tłumaczyć:
- Miałem być takim smokiem, który w dniu urodzin przychodzi
do dzieci, żeby ich urodziny były jeszcze bardziej uroczystym
dniem. Przynosiłem tort i świeczki, potem pomagałem zdmuchiwać
te świeczki i urządzałem gry i zabawy. Ale dzieci się mnie bały...
- Bały?!
- Bały! - potwierdził Tortowy.
- Dziwne dzieci - zamyśliła się Żaba.
- Właśnie - przytaknął Smok Zygmunta. - Jak można bać się smoka.
Smoki są takie przytulne.
- I miłe - dodał Wincenty.
- I ładne - powiedział Antoni.
- I inteligentne - stwierdził Nowy Średni.
- I kochające - chrypnął Zdzisław.
- Rozsądne - zauważyła Chenia.
- Zarozumiałe i pyskate - przerwała im Żaba ze złością, a z
saksofonu rozległ się chichot Łysego Psa. Smoki zamilkły, trochę
speszone.
Po chwili Wincenty Smok powiedział:
- Słuchaj, Tortowy. Ty się tymi dziećmi nie przejmuj. My znajdziemy
ci inne. Na pewno na świecie jest dużo dzieci, dla których urodziny
bez Tortowego Smoka to nie są żadne urodziny.
- Żadne!!! - wrzasnęły chórem smoki.
Tortowy się wzruszył. Wydobył skądś wielki tort urodzinowy i
postawił go obok ogniska. Potem powiedział łamiącym się ze wzruszenia
głosem:
- To teraz jemy. Niech dzieci żałują.
- Niech!!! - wrzasnęły chórem smoki.
SCENA DZIESIĄTA
Dowiadujemy
się wielu rzeczy o żabich nogach
Żaba kupiła sobie
białe podkolanówki i pepegi. Włożyła je natychmiast i zaczęła
przechadzać się po polanie. Wincenty i Antoni grali w warcaby,
ale reszta smoków przyglądała się Żabie uważnie.
- Masz nawet ładne nogi - powiedział Smok Zygmunta.
- Tylko trochę za krótkie - dorzucił Nowy Średni. Tortowy jadł
właśnie ptysia, więc nie mógł nic powiedzieć, bo pysk miał zapchany
bitą śmietaną. Za to Zdzisław odchrząknął i chrypnął:
- Żabie nogi pozostaną na zawsze żabimi nogami, niezależnie
od tego w co je ubrać.
- Sam byś chciał mieć pepegi. Albo trampki. Dlatego tak mówisz,
bo mi zazdrościsz. Latasz na bosaka i masz odciski! - odcięła
się Żaba.
- Pozwólcie - wtrąciła się łagodnie Chenia - że jako najstarsza
z was zabiorę głos. Żaba ma rzeczywiście żabie nogi.
Żaba spurpurowiała na twarzy i już chciała coś krzyknąć, ale
Chenia uciszyła ją machnięciem tylnej lewej nogi.
- Ale żabie nogi - mówiła dalej - mogą być również bardzo piękne.
To zależy od tego, kto na nie patrzy.
- Ty masz najpiękniejsze nogi na świecie - wykrzyknął Rysio
Kaputnik siedzący na liściu pobliskiego krzaka.
- Mój drogi - zarumieniła się Makrauchenia - zawstydzasz mnie.
- Do rzeczy! - ryknęła Żaba z irytacją. - O mnie mówiliśmy i
jeszcze nie skończyliśmy! Chenia mówiła więc dalej.
- Ponieważ żabie nogi nie mogą być niczym innym niż są, więc
musimy uszyć ci sukienkę, moja kochana Żabo.
- Od kiedy to ja jestem "kochaną Żabą"?
- Od wczoraj.
- Aha. No i co z tą sukienką?
- Będzie to długa wieczorowa suknia. Najlepiej połyskliwa, w
kolorze zielonym.
- Ojej, dlaczego zielony? - jęknęła Żaba. - Nie może być inna,
czerwona na przykład?
- Nie może - stwierdziła Chenia stanowczo. - Do twojej cery
najlepiej pasuje zielony.
- Pewnie - zachichotał Zdzisław. - Ubranie zawsze powinno być
dobrane kolorem do cery.
- Nawet się na ciebie nie obrażę - rzekła z godnością Żaba.
- Nie będę się zniżać do twojego poziomu.
- Nie kłóćcie się - załagodziła Chenia. - Kochana Żabo, idziemy
nad rzekę.
- Po co?
- Tam mieszka mój znajomy Krokodyl. Bardzo pięknie śpiewa, gra
na gitarze i deklamuje wiersze. Jest bardzo oczytany i wrażliwy.
- Dobra, dobra, ale co to ma wspólnego z moją suknią?
- Taki zdolny Krokodyl potrafi wszystko. On ci uszyje suknię.
Albo przynajmniej pomoże wybrać fason i skroić. A uszyć to już
potem łatwo.
- Hm... - zamyśliła się Żaba. - A czy on się przypadkiem nie
odżywia żabami?
- Tego nie wiem.
- To ja nie idę - stwierdziła stanowczo Żaba.
- Chcesz do końca życia pozostać brzydką Żabą? - zapytała posępnie
Chenia.
W żabim sercu rozgorzała zacięta walka pomiędzy kobiecą próżnością
a żabią chęcią do życia. Po pełnej napięcia chwili, podczas
której smoki i Chenia wpatrywały się w Żabę z oczekiwaniem,
zwyciężyła kobieca próżność.
- Pójdę - wysapała Żaba trzęsącym się ze strachu głosem. - Czego
się nie robi dla urody.
- Właśnie - poparł ją Smok Zygmunta. - Poza tym, jeżeli Krokodyl
cię zje, to wszystkie kłopoty z urodą będziesz miała rozwiązane.
Chenia i Żaba poszły nad rzekę odwiedzić Krokodyla, a smoki
zajmowały się dalej tym, czym zwykle o tej porze zajmują się
smoki.
SCENA JEDENASTA
Dowiadujemy
się, że pierogi ze śliwkami rozwijają zdolności muzyczne u krokodyli
Krokodyl siedział
na skarpie nad rzeką z gitarą opartą o kolano i nucił coś do
siebie cichutko. Był to straszy już Krokodyl, trochę siwy, bardzo
szczupły, a nawet kościsty. Oczy miał duże, melancholijne, a
w pysku bardzo dużo zębów. Chenia i Żaba podeszły do niego.
Żaba była sina ze strachu, a żabie nogi odziane w podkolanówki
i obute w nowe pepegi trzęsły się i uginały pod nią. Ale dzielnie
powiedziała:
- Dzień dobry panu.
Krokodyl kiwnął przyjaźnie głową Makraucheni, a potem przyjrzał
się badawczo Żabie.
- Skąd taka ładna Żaba? - zapytał.
Żaba się zakrztusiła, a Chenia powiedziała dobrotliwie, poklepując
Żabę po plecach:
- To nasza domowa Żaba. Chcę jej uszyć suknię wieczorową i przyszłam
do ciebie po pomoc.
- Hm... - mruknął Krokodyl, nie odrywając oczu od Żaby. - Ładna
żaba. Sino-popielata. Ciekawy kolor. Chyba jakiś rzadki gatunek
żaby. No, nic - dodał głośniej - uszyjemy tę suknię. Zrobimy
z Żaby elegantkę. Ale najpierw, moja śliczna, zaśpiewam ci piosenkę
o żabie. Nie o takiej ładnej jak ty, oczywiście.
Żaba była tak oszołomiona pochwałami, że była gotowa wysłuchać
stu piosenek o czymkolwiek. Usiadła na trawie obok Cheni, a
krokodyl zaczął śpiewać:
W małym lasku
blisko rzeki
zamieszkała żaba,
raki żaby nie lubiły,
biada żabie, biada.
Poszła żaba raz
na spacer,
a za żabą raki:
"wyszczypiemy żabie udka,
damy się we znaki".
Na to żaba się
podparła
pod żabie bioderka:
"wyszczypiecie jak złapiecie,
zabawmy się w berka".
Pobiegały, potupały,
szybsza była żaba.
Raki żaby nie złapały,
żaba była rada.
Teraz raki gdzieś
zimują,
żaba śpi pod liściem.
Raki z gry się wycofały,
rakiem - oczywiście.
- Och, jaka przepiękna
piosenka! - jęknęła z zachwytem Żaba. - Prześliczna! Sam ją
ułożyleś?
- Sam, sam. Słowa też sam napisałem. Po prostu jestem zdolny.
Krokodyl poprawił strunę w gitarze.
- Ale skoro tak miłe dziewczyny mnie tu odwiedziły, to zaśpiewam
wam jeszcze. Ta piosenka nazywa się "Krokodyle blues".
Jest o krokodylach. Posłuchajcie:
Gdybym ja był
krokodylem,
nie chciałbym mieszkać gdzieś nad Nilem,
wolałbym leżeć na kanapie,
patrzeć jak łza za łzą mi kapie,
krokodyle blues, krokodyle blues.
Leży krokodyl
na kanapie,
na błękitno-czarnej kapie,
płacze i płacze, przez nos sapie,
krokodyle blues.
Taki już psi los
krokodyla,
do płaczu dobra każda chwila,
kiedy nad Nilem się pochyla,
krokodyle blues.
Gdybym ja był
krokodylem,
nie chciałbym mieszkać gdzieś nad Nilem,
wolałbym leżeć na kanapie,
patrzeć jak łza za łzą mi kapie,
krokodyle blues, krokodyle blues.
- Zaraz, Krokodylu
- zaprotestowała Chenia. - Dlaczego śpiewasz "gdybym ja
był krokodylem"? Przecież nim jesteś.
- Bo to jest śpiewane w trzeciej osobie.
- Nie, w pierwszej osobie.
- Nie upieraj się, moja droga - zmarszczył brwi Krokodyl.
- Pierwszą osobą jestem ja. A każdy, kto nie jest krokodylem,
a chciałby nim być, jest trzecią osobą.
- Niech ci będzie. Czy zaśpiewasz coś jeszcze?
- Nie, bo zachrypnę. Muszę zrobić przerwę i napić się kawy ze
śmietanką. A potem obiad - tu Krokodyl spojrzał na Żabę. Żaba
natychmiast zrobiła się znów popielato-sina ze strachu i skuliła
się w mały kłębuszek.
- Czy zjesz ze mną obiad? - zapytał Krokodyl.
Żabie zimny pot wystąpił na czoło. Trzęsącym się głosem zapytała:
- A co będziemy jedli?
- Pierogi.
- Z czym? - dopytywała się dalej Żaba, bliska już omdlenia.
- Ze śliwkami, czyli knedle. Lubisz?
- Bardzo lubię. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo. Od dziś
będzie to moje ulubione danie.
Chenia powiedziała trochę urażonym głosem:
- Makrauchenie również lubią knedle.
- To też będą jadły - roześmiał się Krokodyl. - Niech się uspokoją.
Starczy dla wszystkich.
SCENA DWUNASTA
O rozwiązywaniu
bardzo ważnych problemów za pomocą nauszników z owczej wełny
W tydzień później
Krokodyl przybiegł na polanę dźwigając w ramionach wielkie pudło.
Postawił pudło na trawie, usiadł obok niego i krzyknął:
- Żaba,
do mnie!
Żaba podbiegła w podskokach i kucnęła obok. Krokodyl wyjął z
pudła czerwoną, aksamitną sukienkę. Sukienka była długa, z bufkami,
obszyta u dołu złotą nitką. Żaba oniemiała z zachwytu.
- Krokodylu - jęknęła - skąd wiedziałeś, że czerwony to mój
ulubiony kolor?
- Męska intuicja oraz zdolność wczuwania się w żabią psychikę
- odparł skromnie Krokodyl.
Żaba chwyciła sukienkę drżącymi łapkami i pobiegła przebrać
się za pobliskim krzakiem.
Kiedy po dłuższej chwili wyszła zza krzaka, nawet smoki znieruchomiały
z wrażenia. Nie padła ani jedna zgryźliwa uwaga. Żaba naprawdę
wyglądała bardzo ładnie.
- Widzicie - powiedziała Chenia z dumą do smoków. - Każda kobieta
może być interesująca, jeśli zechce. A jak wy wyglądacie? -
Chenia spojrzała na smoki badawczo. - Antoni i Wincenty maja
brudne włosy.
- My nie mamy włosów! - zaprotestowały smoki.
- Ale są brudne! - ciągnęła nieubłaganie Chenia. - Nowy Średni
ma piach na pysku. Chyba się dziś w ogóle nie myłeś! Smok Zygmunta
ma pomiętą kokardkę, a Zdzisław obgryza paznokcie u nóg.
- Żaba też obgryza paznokcie! - warknął Zdzisław.
- I dobrze - broniła Żaby Makrauchenia. - Żaby nie mają paznokci,
więc nasza Żaba też ich nie chce mieć. Natomiast smok z poobgryzanymi
paznokciami u nóg wygląda śmiesznie.
Krokodyl pomyślał, że za chwilę wybuchnie kłótnia. Żeby temu
zapobiec, nachylił się szybko do pudła i wyciągnął z niego siedem
par nauszników.
- A to są nauszniki dla smoków i dla Cheni. Z owczej wełny -
powiedział, podając smokom nauszniki.
Smoki pisnęły z radości i zaczęły przymierzać. Krokodyl sięgnął
po gitarę i zaśpiewał piosenkę o owczej wełnie i nausznikach:
Na manowcach
skaczą owce,
racicami przytupują,
wełnę z grzbietów wyczesują,
za baranem galopują,
owczy żywot nasz.
Owce mają miękką
gębę,
lecą, gonią owczym pędem,
Owczym pądem
za wielbłądem,
a baran zły -
szczerzy kły.
Baran ma rogi,
lubi pierogi,
lubi rybę w galarecie,
owce drapią go po grzbiecie,
z wełny plotą ecie-pecie,
owczy żywot nasz.
Lecą owce
na manowce
lubią nosić nauszniki,
grube czapy i szaliki,
i wełniane naszyjniki,
owczy żywot nasz.
W swoim domu,
po kryjomu,
zróbmy owcy legowisko,
wyczesujmy z owcy wełnę,
wtedy szafy
wełny pełne,
owczy żywot nasz.
Owce mają miękką
gębę,
lecą, gonią owczym pędem,
owczym pądem
za wielbłądem,
a baran zły -
szczerzy kły.
Ostatnią zwrotkę
wszyscy zaśpiewali razem, skacząc wokół ogniska. Usłyszawszy
ten hałas, Łysy Pies wysunął łeb z saksofonu i zobaczywszy,
co się dzieje, zajęczał prosząco:
- A ja? Ja nie dostanę nauszników?
Smok Zygmunta spojrzał na niego.
- Po co Łysemu Psu nauszniki? - spytał.
- Jak to po co? - jęczał Pies - Żebyś wiedział, jakie w tym
saksofonie są przeciągi. Dostanę zapalenia uszu i co wtedy zrobisz?
- Nic. Będę grał muzykę bez ciebie.
- To ci się tylko tak wydaje. Muzyka beze mnie, to nie muzyka.
Poza tym ani motyle, ani myszy, ani Fioletowy Kocur nie zechcą
robić hałasu w obecności chorego. A ja będę leżał i jęczał.
- Wiesz co?!! - krzyknął z oburzeniem Smok Zygmunta. - Ja mam
ciebie dosyć, powyżej uszu!!!
Wszyscy spojrzeli powyżej jego uszu, ale nic nie zobaczyli.
- Sprawię sobie nowego psa! - krzyczał dalej Smok Zygmunta.
- Ty jesteś taki marudny, że wytrzymać z tobą nie można! Już
cię tu nie ma!!! - Smok Zygmunta chwycił Łysego Psa za kark
i wyciągnął go z saksofonu.
Fioletowy Kocur wyjrzał z saksofonu i powiedział do Łysego Psa:
- No, kolego, doigrałeś się.
Pies nie odpowiedział. Usiadł przy ognisku obok Żaby i wpatrywał
się ponuro w ogień.
- Co teraz zrobisz? - zapytał Antoni Smoka Zygmunta.
- Kupię sobie nowego psa. Musimy się zastanowić, jaka rasa jest
grzeczna i nie marudzi.
- Każda rasa, która nie siedzi w saksofonie - burknął Łysy Pies,
ale nikt nie zwrócił na niego uwagi.
- Wyżeł niskopienny - podpowiedział Wincenty.
- Co to takiego?
- No, wyżeł. Tylko bardzo mały. Nisko się pnie.
- Jak bluszcz - dorzucił Zdzisław wyjaśniająco.
Smok Zygmunta zamyślił się.
- Wyżły są mało muzykalne. Trzeba znaleźć coś innego.
- Może jamnik tropikalny? - spytał Nowy Średni.
- Nie.
- A może...
- Nie, nie - przerwał Smok Zygmunta i zaczął myśleć.
Kiedy skończył, powiedział:
- Chyba rzeczywiście będzie prościej i taniej dać Łysemu Psu
nauszniki. To prawda, że charakter ma paskudny, ale jest muzykalny,
no i tyle lat już razem pracujemy.
- Łysy Pies udawał, że nie słyszy, chociaż oczka mu rozbłysły,
gdy usłyszał o nausznikach. Smok Zygmunta ściągnął z głowy nauszniki
i podchodząc do Psa od tyłu, włożył mu je na łeb.
- Lepiej ci teraz? - warknął.
Łysy Pies podniósł na niego wierne psie oczy i powiedział:
- Zawsze uważałem, że jesteś lepszy, niż wszyscy myślą.
Smok Zygmunta zabulgotał, ale Łysy Pies nie czekając na nic
skoczył na łapy i pognał do saksofonu.
- Będę chyba musiał zrobić więcej nauszników. Takie przykre
sceny nie powinny mieć miejsca na waszej polanie - zauważył
Krokodyl.
- Ja tam nauszników nie potrzebuję - pisnęła Żaba. - Zresztą
i tak by nie pasowały do mojej pięknej, nowej sukienki, którą
uszył dla mnie najukochańszy krokodyl na świecie.
SCENA TRZYNASTA
W poszukiwaniu
tumana
Rysio Kapustnik
przyleciał na polanę o szóstej rano i usiadł na nosie śpiącej
Makraucheni. Przez chwilę wpatrywał się w nią z czułością, a
potem zawołał półgłosem.
- Chenia, Cheniutka! Obudź się!
Chenia otworzyła aksamitne oczy.
- Zejdź z mego nosa natychmiast, bo dostanę zeza.
Rysio zeskoczył na trawę obok niej, a Chenia, przeciągając się
i ziewając, usiadła.
- Dlaczego mnie tak wcześnie obudziłeś? Co się stało?
- Cheniu, przyszło mi na myśl, żebyśmy wszyscy wybrali się na
wycieczkę. Meczu piłki nożnej na pewno na razie nie będzie,
bo okolica jest wyludniona, to znaczy wysmoczona. Trzeba by
pomaszerować gdzieś dalej, na przykład do Krakowa. Tam kiedyś
żył smok. Może znajdziemy ich więcej.
- Ja tam uważam, że sześć smoków w zupełności wystarczy. Po
jednym smoku na każdy dzień tygodnia, a w niedzielę odpoczynek.
Trzeba zachować umiar. Ale na wycieczkę możemy iść. - Chenia
zwróciła się w stronę głęboko uśpionych smoków i ryknęła:
- Chłopaki!!!
Smoki poderwały się przerażone.
- Ojej, o rety, co się stało!? - Tortowemu różowe futro falowało
ze strachu, a Zdzisław dostał czkawki.
- Nic się nie stało. Idziemy do Krakowa - odparła ze spokojem
Chenia.
Wincenty zainteresował się wyraźnie.
- Tam jest Smocza Jama! Mieszkał w niej kiedyś bardzo niesympatyczny
smok. Mój ojciec znał go ze szkoły. Ten smok był gburowaty i
zawsze ściągał na klasówkach. Taki był tuman, że nic nie umiał.
A jak skończył szkołę, na samych trójach z minusem, oczywiście,
to przeniósł się do Krakowa i zaczął jeść ludzi.
- I co się z nim stało? - spytał Tortowy.
- Ktoś mu podłożył skórę owcy wypchaną siarką i smołą, i czymś
tam jeszcze, a on to zjadł i zdechł.
- Ale tuman! Że też się dał nabrać na taki stary numer. Przecież
każdy wie ze szkoły, że skóra owcy leżąca przypadkiem przy drodze,
to coś podejrzanego - zawołał Smok Zygmunta.
- No tak - wyjaśnił Wincenty - ale on pewnie był na wagarach,
kiedy o tym mówili.
- Tuman - stwierdziły smoki chórem i wyruszyły do Krakowa. Żaba
nie poszła. Nie chciała zostawić Krokodyla samego, a Krokodyl
nie mógł pójść, bo krokodyle łapy za krótkie są na tak długie
wycieczki.
SCENA CZTERNASTA
Dowiadujemy
się, że smok jest zwierzęciem domowym
Nie było ich dziesięć
dni. Krokodyl i Żaba spotykali się codziennie po południu i
zastanawiali się, co też smokom mogło przytrafić się w drodze,
jaki jest Kraków i czy wszystko się udało.
- Mogliby już wrócić - westchnęła pewnego dnia Żaba.
- Pewnie - zgodził się Krokodyl, który siedział obok niej przy
ognisku i brzdąkał na gitarze.
- Nawet zupa ogórkowa przestała mi smakować - wzdychała Żaba
ze smutkiem.
- Może zaśpiewać ci piosenkę na rozweselenie?
- Sama nie wiem... A jaką?
- A jaką chcesz? Może być "Kacza cza-cza" albo "Smok-rock",
albo...
- "Smok-rock" - zdecydowała Żaba.
Krokodyl zaśpiewał:
Smokom się wydaje
że są takie kraje,
że co krok smok,
smok-rock.
Na wielkiej łące,
smoków tysiące,
przy smoku smok,
smok-rock.
Gdzie się nie
zwrócisz,
tam smok coś nuci,
słyszysz smoka krok,
smok-rock
W tym momencie
oboje usłyszeli smoczy krok w pobliskich krzakach.
- Idą!!! - krzyknęła Żaba i pobiegli smokom na spotkanie.
Smoki wyglądały strasznie. Były wychudłe, zakurzone i zmęczone.
Makrauchenia miała zwichniętą nogę, Rysio postrzępione lewe
skrzydełko, a Nowy Średni katar. Tortowy Smok Urodzinowy był
szary, a futro miał posklejane w strączki i powycierane do gołej
skóry na łokciach i kolanach.
- Gdzie wyście byli?! - jęknęła Żaba z rozpaczą. - Na bitwie
czy na wycieczce?
- Dokładnie jeszcze nie wiemy - sapnął Smok Zygmunta, zdejmując
z ramienia saksofon - ale mam pewne podejrzenie, że byliśmy
w piekle.
- No, nie, denerwuj się - uspokajała go Żaba, zawieszając nad
ogniskiem kociołek z zupą ogórkową. - Stamtąd to byście tak
szybko nie wrócili. Zaraz podgrzeję zupę. Musicie najpierw coś
zjeść.
Kiedy smoki zjadły zupę i odpoczęły trochę, Żaba zrobiła herbatę
i przyniosła dropsy i karmelki na deser.
- Wszystko zaczęło się od tego, że nikt z nas nie wiedział,
gdzie jest Kraków - zaczęła opowiadać Chenia. - Ponieważ pomysł
był Rysia, więc uznaliśmy, że Rysio wie. Rysio leciał prosto
przed siebie, myśmy szli prosto za nim i nikomu do głowy nie
przyszło, żeby zapytać dokąd idziemy.
- A po co mieliśmy pytać? Przecież każdy wiedział, że idziemy
do Krakowa - wtrącił się Tortowy.
- No, tak. Więc szliśmy tak i szliśmy. A potem znowu szliśmy,
i jeszcze trochę szliśmy. A potem szliśmy...
- Czy mogłabyś opowiadać z większymi skrótami? - zapytał zjadliwie
Nowy Średni. - Przecież szliśmy przez dziesięć dni. Opowieść
powinna być choć trochę krótsza.
- I szliśmy, aż ja wpadłam w jakąś dziurę i zwichnęłam nogę.
Wtedy zapytałam: czy daleko jeszcze do tego Krakowa, bo boję
się, że nie dojdę. I wtedy Rysio odpowiedział: nie wiem. A nam
wszystkim zrobiło się strasznie. Futro nam zjeżyło się na grzbietach
ze strachu i zrozumieliśmy, że zabłądziliśmy - Chenia umilkła,
a zaczął opowiadać Zdzisław.
- Pomyśleliśmy, że już nigdy nie dojdziemy do Krakowa, bo nie
wiemy, gdzie on jest. A potem pomyśleliśmy, że nigdy nie trafimy
z powrotem na polanę, bo nie zostawialiśmy po drodze żadnych
znaków rozpoznawczych. W końcu pomyśleliśmy, że będziemy musieli
zostać koczowniczymi smokami i wędrować po świecie do końca
życia. I wtedy zaczęliśmy płakać, bo smocze życie jest takie
długie, a Chenia ma już paręnaście milionów lat, choć wcale
na to nie wygląda.
- Straszne - szepnęła Żaba, a smoki ponownie się rozpłakały.
- A potem - mówił Zdzisław przez łzy - Nowy Średni dostał kataru
i obawialiśmy się, że umrze.
- Zaraz, zaraz - przerwała mu Żaba - nie słyszałam, żeby od
kataru ktoś umarł.
- Ale on mówił, że się tak czuje, jakby umierał. Trzeba mu było
wierzyć. Jeśli tak mówił, to pewnie tak się czuł.
- Czułem się tak, jakbym umierał albo jeszcze gorzej - powiedział
Nowy, wycierając nos. - Miałem również gorączkę.
- Mierzyłeś?
- Nie musiałem wcale mierzyć. Oczy mi błyszczały i dostałem
wypieków na twarzy. Ja nigdy nie mam wypieków, chyba że jestem
umierający.
- A co było dalej? - zapytał Krokodyl.
- Dalej był krzak głogu, wokół którego rosły osty. Rysio wpadł
w te osty i postrzępił sobie skrzydło.
- Jak ja teraz wyglądam?! - jęknął Rysio z rozpaczą - jak łachmaniarz!
Jak ja będę występował. Artysta
w łachmanach! O rety!
- Nie rozpaczaj - uspokoił go Krokodyl. - Zacerujemy białą nitką
i nic nie będzie widać.
- Przez cały ten czas - mówił dalej Zdzisław - prawie nic nie
jedliśmy, bo chcieliśmy szybciej dojść do Krakowa i tam zjeść.
Słońce prażyło, kurz unosił się nad drogą i zatykał nam nosy
i uszy. Nie mieliśmy nic do picia.
Żaba się trochę zirytowała:
- Chwileczkę. Opowiadasz tak, jakbyście byli na pustyni. Nie
było rzeki? Nie było ludzi? Nie mogliście spytać kogoś o drogę?
- Rzeka była. Ludzi nie było, bo uciekli. Tylko jedno dziecko
nie uciekło i chciało się z nami bawić, ale nie mogliśmy spytać
je o drogę, bo jeszcze nie umiało mówić. Więc - zakończył Zdzisław
- zdecydowaliśmy się wrócić.
- Nie mogliście zdecydować się na powrót szybciej? - denerwowała
się Żaba - po co wam był ten cały Kraków?! Żeby zobaczyć jamę
jakiegoś tumana?
- No, już tak nie mów. W końcu nawet mu pomnik wystawili. Coś
musiał być wart.
- Nic nie był wart - powiedziała stanowczo Żaba, wkładając do
pyska dropsa. - Pomnik wystawili dlatego, że nigdy nie widzieli
porządnego smoka. Jakby was zobaczyli...
- To by uciekli i tyle - przerwał jej Wincenty. - A my się nie
nadajemy na żadne wycieczki. Z charakteru jesteśmy domowe smoki.
Powinniśmy siedzieć na polanie i koniec. Podróżować nam się
zachciało!
- Ale mecz? Chcieliśmy przecież poszukać smoków - zauważył Antoni.
- Więcej smoków na razie nie ma, więc meczu też nie będzie.
Możemy grać w tenisa albo podnosić ciężary.
- To nie to samo - westchnął Smok Zygmunta.
- Pewnie, że nie to samo - zgodził się Wincenty. - Ale tenis
nie jest taki zły. Krokodyl zrobi nam rakiety, a w charakterze
piłki będziemy używać Żaby. Chi, chi, chi - smoki wybuchnęły
śmiechem.
Zaczyna się - pomyślała z goryczą Żaba - i po co ja tak tęskniłam
za tymi potworami?
SCENA PIĘTNASTA
i ostatnia
Nadeszła jesień.
Liście pożółkły i poczerwieniały, a wiele opadło już na ziemię.
Noce były chłodne. Smoki marzły. Żaba i Chenia spały blisko
siebie, przytulone, żeby ogrzewać się wzajemnie. Niewiele to
pomagało, tak jak i nauszniki okazywały się niewystarczające.
Smoki schudły i straciły humor. We wtorek Wincenty wstał bardzo
zły i skierował się w stronę lasu, nie mówiąc ani słowa.
- Dokąd idziesz? - zapytała Żaba.
- Idę na żer - warknął Wincenty.
- Kociołek z zupą ogórkową jest na polanie, a nie w lesie.
- Dosyć mam tej zupy ogórkowej! - wybuchnął Wincenty. - Dosyć
mam polany! Ciebie też mam dosyć! Idę na żer do lasu. W lesie
jest ciepło i nie ma żab!
Żaba spurpurowiała na twarzy. Podciągnęła podkolanówki, a potem
pobiegła pod krzak i schowała się w liściach. Chenia spojrzała
na Wincentego z niezadowoleniem.
- Obraziłeś Żabę zupełnie niepotrzebnie. Bo mnie się wydaje,
że ty masz dość tylko jednej rzeczy, a mianowicie jesieni. Jest
ci zimno i ponuro, więc sam jesteś ponury.
- Masz rację - westchnął Wincenty i poszedł do krzaka, wygrzebał
z liści Żabę i posadził ją sobie na głowie. Potem usiadł przy
ognisku.
- Musimy, Cheniu, coś wymyślić. Nie przetrzymamy jesieni i zimy
na tej polanie.
- Czy smok jest zwierzęciem zimującym? - spytała Chenia.
- Pewnie - odparł Wincenty. - Przeżyłem już tyle zim.
- Nie, nie, nie o to mi chodzi. Czy smok chowa się na zimę w
jakiejś ciepłej norze i śpi aż do wiosny?
- To można tak zrobić? - zdziwił się Wincenty.
- Można. Jest to bardzo miłe zajęcie dla osoby zimującej, ale
jeszcze milsze dla wszystkich pozostałych, bo nie muszą być
narażone na zły humor kogoś takiego.
Żaba, siedząca na głowie Wincentego, przysłuchiwała się z uwagą
ich rozmowie. Pomyślała, że takie zimowanie musi być naprawdę
czymś wspaniałym. Och - pomyślała - nic tylko jeść i spać przez
całą zimę. Na miękkich liściach.
Po obiedzie wszystkie smoki oraz motyle wzięły udział w rozmowie.
Dyskusja była długa i zażarta.
- Nie ma takich dużych nor - denerwował się Smok Zygmunta.
- Wprawdzie schudliśmy, ale i tak nigdzie nie pomieścimy się
wszyscy razem.
- Każdy może mieć swoją norę - powiedział Zdzisław.
- E, tam. Nudno będzie - sprzeciwił się Smok Zygmunta.
- Komu bym grał na saksofonie? Koncert bez publiczności jest
nudny.
- My się zmieścimy - powiedział Rysio w imieniu motyli.
- Wy się nie liczycie. Każdy liść to dla was namiot. Ale co
my mamy robić? - niepokoił się Antoni.
- Wiecie co? - odezwała się Chenia w zamyśleniu. - Ja wprawdzie
bardzo nie lubię jaskiń, ale wydaje mi się, że w waszym towarzystwie
mogłabym spędzić w jakiejś jaskini jedną zimę.
- Cheniu! Jesteś genialna! - krzyknął Zdzisław.
- Dopiero teraz to zauważyłeś?
- I zarozumiała - dodał Zdzisław.
- Cóż - odparła Chenia - mogę chyba mieć jedną wadę.
Następnego dnia rano wszyscy rzucili się na poszukiwanie jaskini,
oczywiście bez skutku. Dopiero po tygodniu szukania znaleźli
średniej wielkości jaskinię, która jednak była na tyle obszerna,
aby pomieścić ich wszystkich.
- Mam nadzieję, że tu nie ma pająków - grymasiła Żaba rozglądając
sie wkoło.
- A co ci pająk przeszkadza? - wzruszył ramionami Nowy Średni.
- Wyobraź sobie po prostu, że to jest taki motyl bez skrzydeł.
- Wypraszam sobie podobne porównania - powiedział z oburzeniem
Rysio Kapustnik.
- Chi, chi - przerwała Chenia - musimy jaskinię porządnie wysprzątać,
wstawić do kąta balię z wodą dla Krokodyla i Żaby, i nazbierać
dużo suchych liści dla nas na posłania. Więc zamiast mleć ozorami,
bierzcie się do roboty - rozkazała.
Powiedziawszy to, Chenia usiadła w kącie jaskini i oparła się
wygodnie o skałę.
- A ty?! - oburzyły się smoki.
- Ja jestem za stara do takich ciężkich prac. I tak już od dawna
powinnam być na emeryturze. Mogę wam natomiast śpiewać, żeby
wam nie było nudno przy pracy.
- Daruj sobie. Tego byśmy chyba nie znieśli - przygadał jej
Nowy Średni i smoki wzięły się do pracy. Pracowały bardzo ciężko
przez cały dzień, a Chenia spała w kącie jaskini.
Ale za to pod wieczór jaskinia wyglądała jak pałac. Podłoga,
wysprzątana z kamieni, posypana była drobnym, białym pisakiem.
Na nim leżało osiem posłań z suchych liści, mchu i igliwia.
Z prawej strony stała balia wypełniona czystą wodą. Na półkach
skalnych smoki poustawiały termosy i pozapalały świece. Saksofon
miał osobną półkę, o wiele szerszą i dłuższą od innych, bo Łysy
Pies i Fioletowy Kocur zbuntowali się jednocześnie i oświadczyli,
że w saksofonie spać nie będą. Leżeli teraz obok saksofonu z
wyciągniętymi łapami, a Krokodyl siedział w kącie i robił im
na szydełku wełnianą kołderkę.
Z lewej strony, wbita w szczelinę skalną, sterczała gałąź, na
której pozawieszane były hamaki. W hamakach leżały motyle. Hamaki,
oczywiście, zrobił im Krokodyl na szydełku.
Późnym wieczorem Krokodyl skończył robić kołderkę i nakrył nią
Psa i Kocura. Obaj westchnęli z rozkoszą i natychmiast zapadli
w głęboki, jaskiniowy sen.
Krokodyl wskoczył do balii, rozchlapując wodę.
- Ojej - pisnęła Żaba - zmoczysz mi piżamę!
Leżała już na swoim posłaniu w niebieskiej, flanelowej piżamie
w żółte groszki.
Smoki również poukładały się na swoich posłaniach. Były bardzo
zmęczone.
- Ojej, jak wspaniale - przeciągnął się z rozkoszą Wincenty.
Zdzisław chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył, bo zaczął ziewać.
Z hamaków dochodziło chrapanie. Chenia spała na lewym boku,
ryjkiem do ściany i nic nie słyszała.
Smoki zasypiały.
- Zgaście już świecę - powiedziała sennym głosem Żaba.
Antoni puścił nosem kłębek czarnego dymu i świeca zgasła. Rozpoczęło
się smocze zimowanie.