Obudziłem się
na wilgotnym łóżku. Już tu chyba kiedyś mieszkałem. Mam mokre
ubranie, za cienkie na tę porę roku. Obok mnie leży podręcznik
udzielania pierwszej pomocy, otwarty na stronie ze sztucznym
oddychaniem. Nie wiem która może być godzina, choć to chyba
nie północ bo biłby zegar, zagłuszając huk wystrzałów. Ktoś
chyba właśnie stąd uciekł i zostawił otwarte drzwi, więc mogę
przez nie przejść i wyjść z domu do Wenecji.
Wielki tłum ludzi w paltach idzie przez most, co niedawno
się zapadł i runął do wody. Jest zimno, w tłumie mówią, że
ma być wysoka woda, że trzeba zaczekać, żeby zobaczyć i umrzeć,
a potem uciec po stołach, które rozłożą sprzedawcy masek.
Oto karuzele
dla dzieci, żeby nie przeszkadzały, żeby nie utonęły jak przyjdzie
woda i wypłucze stąd ich rodziców. Dlatego dzieci zostaną
tu, na obowiązkowej karuzeli, migającej żarówkami i otoczonej
stadem piesków i króliczków na baterie, ze świecącymi oczami.
Można je kupić od murzynów. Dziecko przedziera się przez króliki,
mama kupiła mu duża tytkę popcornu. Teraz dziecko wybierze
swoje miejsce na wielkiej karuzeli, która nigdy się nie zatrzymuje.
Wybiera pokemona, co jest obok różowego samochodziku. Wbiega
policja i depcze pieski na baterie, rozgania różowe króliczki,
które zabiera jęzor brudnej wody, który właśnie wlał się pod
karuzele, gdzie tymczasem dziecko przytwierdzane jest do pokemona,
grubym, krowim łańcuchem. Obsługa karuzeli w postaci spoconego
kata w weneckiej masce pobiera opłatę od matki i życzy miłego
zwiedzania. Tyle jest do zobaczenia przed śmiercią, przed
wysoką wodą. Niektórzy nie widzą tego przez całe życie i nigdy
nie zobaczą. Karuzela kręci się coraz szybciej. Niektóre dzieci
płaczą - kręcą się tu już zbyt długo. Może ich rodzice zgubili
się w mieście, a może zabrała ich woda? Zanim tłum porwie
mnie dalej, zobaczę jeszcze słynny samochodzik, gdzieś od
wewnętrznej, w którym kręci się wesoło dziecięcy szkielet.
Rodziców podobno zabili snajperzy. Już nikt ich nie znajdzie.
Już nie ma po co szukać.
Trzeba uważać.
Nie stawać w miejscu. Muszę poruszać się z tłumem. W tłumie
mnie nie trafią bo tłum rozpędza ptaki. Tylko z daleka słychać
strzały z dubeltówek. To właśnie niewidomi snajperzy strzelają
do gołębi. Są w tym fachu ćwiczeni od bardzo dawna. Nie potrafią
robić niczego innego. Ptaki w dzieciństwie wydziobały im oczy,
strzelają więc, gdy słyszą łopot skrzydeł. Ci którzy zestrzelą
najwięcej gołębi dostaną pieniądze. Tu są takie sklepy ze
szkłem, słynnym kolorowym szkłem z innej wyspy i tam spod
lady dostają szklane oczy - piękne, niebieskie i bardzo drogie.
Tu można ich spotkać, chcę zobaczyć jak wyglądają. Tu można
wejść, lecz trzeba kupić wielką pamiątkę ze szkła, inaczej
tłum wypchnie mnie ze sklepu i powlecze gdzie indziej. Szybko
wyciągam z kieszeni pieniądze. Chyba już wszystko tu widziałem,
a snajperów nie. Zawsze tylko słychać strzały i krzyki gołębi.
Sklepikarz przykuwa mnie do lady. Tłum nic mi teraz nie zrobi.
Pohandlujemy. Dużo tu luster, ale gdzie snajperzy? Handlarz
pokazuje mi wielką rybę, całą ze szkła. Tyle mogę kupić za
wszystkie moje pieniądze. Tak tu trzeba kupować - wszystko
albo nic. Inaczej nie da się przeżyć. Zawijam rybę w szary
papier. Muszę ją dźwigać na obu rękach. Jest zimna i bardzo
ciężka. Czy jestem gotowy? A więc muszę opuścić sklep. Sprzedawca
odpina mnie od lady i odpływam jak łódka od brzegu. Widzę
kogoś z przewiązanymi zakrwawionym bandażem oczami, pachnącego
prochem. Pociąga nosem. Szelest pieniędzy następnego klienta
zmylił go. Wypala bez namysłu. Celnie. Śmierć na miejscu
Wielka ryba
jest jak balast. Płynę w tłumie wolniej. Inni niosą choinki.
Chyba ma być Boże Narodzenie, a więc ryba pasuje jak ulał.
Zakręt. Jest wąsko. Wypchnięty wpadłem w boczną uliczkę, w
której jest pusto i ciemno. Całkiem ciemno, choć w oddali
widać wodę i jakieś statki. Idę tam. Od statków wieje wiatr,
a ten papier, w który zawinąłem rybę, zdradliwie szeleści
na wietrze. Obok ucha przelatuje mi pierwsza kula. Ślepy snajper
widzi lepiej w całkowitej ciemności. Nie wiem czy odwinąć
i wyrzucić papier czy próbować uciekać - i tak i tak będzie
szeleścić. Siadam na ulicy i czuję, że jakiś czas temu wlała
się na nią woda, a więc wysoka woda nadchodzi, tamto przy
karuzeli nie było przypadkiem. Na dowód przepływa obok mnie
coś miękkiego. To zawilgocony, zepsuty piesek na baterie,
a może martwy szczur. Słyszę drugi strzał. Pozbywam się papieru
- wóz albo przewóz. Już prawie cały. Strzał z drugiej strony,
gdzieś od tyłu i gorący ból obok kręgosłupa. Wiem co tam znajdę
kiedy dotknę. Przez nieuwagę rozerwałem papier. Chyba to uratowało
moją resztę życia. Ktoś oddalił się w popłochu. Takie to było
proste, ale teraz już za późno. Tam w oddali jest chyba wodny
tramwaj. Właśnie wpływa na przystanek. Dostanę się na niego,
może kapitan ma apteczkę i wyciągnie mi zatrutą kulę snajpera.
Nie mam czym zapłacić, ale może przyjmie rybę. Była dużo więcej
warta niż bilet - teraz może uratuje mi życie. Bardzo trudno
jest biec z ciężką rybą i kulą w plecach, w mokrym ubraniu
i po kostki w wodzie, ale udaje się w ostatniej chwili. Odpływamy.
Między mną a drzwiami kabiny jest ściśnięty tłum ludzi. Nie
dam rady przejść. Może dopiero na następnym przystanku uda
mi się tam przepchnąć... Mijamy budynki nad wodą, które naciągają
wilgocią w szybkim tempie. Jedynie tam, gdzie ktoś zapala
światło, oświetla fasadę, wilgoć cofa się do kanału. Zza pleców
słyszę zachrypniętego przewodnika, który mówi, że stanie się
rzecz straszna jak zabraknie prądu i światła zgasną. Wszystko
obróci się w mokre gruzy i zapadnie pod wodę. Na szczęście
jest dużo elektrowni w pogotowiu. Ktoś płynie przed nami gondolą.
Z zardzewiałego magnetofonu z diodami w głośnikach płynie
dziwnie zniekształcona pieśń. Na dziobie łodzi, mechaniczny
śpiewak poruszany jakoś cwanie przez gondoliera, kłapie blaszaną
szczęką zupełnie nie w takt muzyki. Przycupnięty obok mechaniczny
akordeonista rozciąga i ściska niemy akordeon. Przy ściskaniu
z dziurawej harmonii wylewa się woda. Pasażerowie nie zwracają
na to uwagi, wszyscy śpią, przykryci starymi kocami. Nie poruszają
się.
Obok burty, przy której stoję zaczyna bulgotać woda. Wynurza
się z niej gumowy, otyły płetwonurek i gramoli na naszą łódkę,
prawie ją przewracając. Pasażerowie odsuwają się od burty,
a paru próbuje walić go po głowie kołem ratunkowym, które
jest jednak za ciężkie i wciąga ich do wody. Płetwonurek podnosi
maskę i ochrypłym głosem domaga się biletów. To chyba rewizor.
Wali płetwami o pokład, poruszając się od jednego do drugiego
pasażera. Nie mam biletu. Tam gdzie cały czas czułem ciepły
ból zaczyna mi być bardzo zimno. Kiedy rewizor do mnie dochodzi,
w ostatnim przebłysku świadomości staram się upaść tak, żeby
ryba się nie potłukła.
Budzę się na
brzegu, czując że zimno mi w mokre dłonie, którymi staram
się kurczowo trzymać rybę. Chyba darowali mi jazdę bez biletu
ale za to nie udzielili pomocy. Mogę stąd jeszcze uciec. Nie
wiem skąd mam jeszcze siły. Gdzieś w stronę, skąd słychać
muzykę karuzeli, gdzieś przez plac Św. Marka, tam była wieża
- to chyba stamtąd wyszedłem. Musiało być niedaleko. Już słyszę
karuzelę i dźwięk rozkładanych stołów do uciekania. Muszę
tylko odpowiednio długo iść w jedną stronę, tą skąd dobiega
muzyka. Kat przy karuzeli będzie mieć apteczkę - zestaw pierwszej
pomocy. Dalej, dalej... Wystarczy iść i nie myśleć, że czas
mija, że już prawie umarłem. Wbiegam na most, to ten co się
kiedyś zawalił i czuję, że dalej nie mogę biec. Muszę się
pozbyć ryby - wybrać życie. Rzucam ją do wody - natychmiast
idzie na dno. To jednak nie pomogło. Wysiłek przy wyrzucaniu
był za duży. Słaniając się schodzę po schodach z mostu. Tu
już woda przykryła chodnik. Leżą w niej ludzie w rozchełstanych
ubraniach. Nie zdążyli, albo znaleźli się na linii strzału.
Coś mi podpowiada, że chcę się znowu obudzić, po to aby uciec.
Tym razem uciec, zanim mi się przypomni za późno. Jest szansa,
trzeba się położyć między nimi, położyć się na wznak, z rozrzuconymi
ramionami i poczekać na wysoką wodę.