[mhkm] > księga > autorskie > MONTAGBOOK > TRANSPORT
> Wenecja
  yahoo - forum dyskusyjne - menel
 
  Michał "Montag" Prochownik

Wenecja

Tutaj znajdziecie ilustrację Grabca aka Siarry.

  opowiadanie opublikowane w Esensji wraz z ilustracją Grabca 
 

Obudziłem się na wilgotnym łóżku. Już tu chyba kiedyś mieszkałem. Mam mokre ubranie, za cienkie na tę porę roku. Obok mnie leży podręcznik udzielania pierwszej pomocy, otwarty na stronie ze sztucznym oddychaniem. Nie wiem która może być godzina, choć to chyba nie północ bo biłby zegar, zagłuszając huk wystrzałów. Ktoś chyba właśnie stąd uciekł i zostawił otwarte drzwi, więc mogę przez nie przejść i wyjść z domu do Wenecji.
Wielki tłum ludzi w paltach idzie przez most, co niedawno się zapadł i runął do wody. Jest zimno, w tłumie mówią, że ma być wysoka woda, że trzeba zaczekać, żeby zobaczyć i umrzeć, a potem uciec po stołach, które rozłożą sprzedawcy masek.

Oto karuzele dla dzieci, żeby nie przeszkadzały, żeby nie utonęły jak przyjdzie woda i wypłucze stąd ich rodziców. Dlatego dzieci zostaną tu, na obowiązkowej karuzeli, migającej żarówkami i otoczonej stadem piesków i króliczków na baterie, ze świecącymi oczami. Można je kupić od murzynów. Dziecko przedziera się przez króliki, mama kupiła mu duża tytkę popcornu. Teraz dziecko wybierze swoje miejsce na wielkiej karuzeli, która nigdy się nie zatrzymuje. Wybiera pokemona, co jest obok różowego samochodziku. Wbiega policja i depcze pieski na baterie, rozgania różowe króliczki, które zabiera jęzor brudnej wody, który właśnie wlał się pod karuzele, gdzie tymczasem dziecko przytwierdzane jest do pokemona, grubym, krowim łańcuchem. Obsługa karuzeli w postaci spoconego kata w weneckiej masce pobiera opłatę od matki i życzy miłego zwiedzania. Tyle jest do zobaczenia przed śmiercią, przed wysoką wodą. Niektórzy nie widzą tego przez całe życie i nigdy nie zobaczą. Karuzela kręci się coraz szybciej. Niektóre dzieci płaczą - kręcą się tu już zbyt długo. Może ich rodzice zgubili się w mieście, a może zabrała ich woda? Zanim tłum porwie mnie dalej, zobaczę jeszcze słynny samochodzik, gdzieś od wewnętrznej, w którym kręci się wesoło dziecięcy szkielet. Rodziców podobno zabili snajperzy. Już nikt ich nie znajdzie. Już nie ma po co szukać.

Trzeba uważać. Nie stawać w miejscu. Muszę poruszać się z tłumem. W tłumie mnie nie trafią bo tłum rozpędza ptaki. Tylko z daleka słychać strzały z dubeltówek. To właśnie niewidomi snajperzy strzelają do gołębi. Są w tym fachu ćwiczeni od bardzo dawna. Nie potrafią robić niczego innego. Ptaki w dzieciństwie wydziobały im oczy, strzelają więc, gdy słyszą łopot skrzydeł. Ci którzy zestrzelą najwięcej gołębi dostaną pieniądze. Tu są takie sklepy ze szkłem, słynnym kolorowym szkłem z innej wyspy i tam spod lady dostają szklane oczy - piękne, niebieskie i bardzo drogie. Tu można ich spotkać, chcę zobaczyć jak wyglądają. Tu można wejść, lecz trzeba kupić wielką pamiątkę ze szkła, inaczej tłum wypchnie mnie ze sklepu i powlecze gdzie indziej. Szybko wyciągam z kieszeni pieniądze. Chyba już wszystko tu widziałem, a snajperów nie. Zawsze tylko słychać strzały i krzyki gołębi. Sklepikarz przykuwa mnie do lady. Tłum nic mi teraz nie zrobi. Pohandlujemy. Dużo tu luster, ale gdzie snajperzy? Handlarz pokazuje mi wielką rybę, całą ze szkła. Tyle mogę kupić za wszystkie moje pieniądze. Tak tu trzeba kupować - wszystko albo nic. Inaczej nie da się przeżyć. Zawijam rybę w szary papier. Muszę ją dźwigać na obu rękach. Jest zimna i bardzo ciężka. Czy jestem gotowy? A więc muszę opuścić sklep. Sprzedawca odpina mnie od lady i odpływam jak łódka od brzegu. Widzę kogoś z przewiązanymi zakrwawionym bandażem oczami, pachnącego prochem. Pociąga nosem. Szelest pieniędzy następnego klienta zmylił go. Wypala bez namysłu. Celnie. Śmierć na miejscu

Wielka ryba jest jak balast. Płynę w tłumie wolniej. Inni niosą choinki. Chyba ma być Boże Narodzenie, a więc ryba pasuje jak ulał. Zakręt. Jest wąsko. Wypchnięty wpadłem w boczną uliczkę, w której jest pusto i ciemno. Całkiem ciemno, choć w oddali widać wodę i jakieś statki. Idę tam. Od statków wieje wiatr, a ten papier, w który zawinąłem rybę, zdradliwie szeleści na wietrze. Obok ucha przelatuje mi pierwsza kula. Ślepy snajper widzi lepiej w całkowitej ciemności. Nie wiem czy odwinąć i wyrzucić papier czy próbować uciekać - i tak i tak będzie szeleścić. Siadam na ulicy i czuję, że jakiś czas temu wlała się na nią woda, a więc wysoka woda nadchodzi, tamto przy karuzeli nie było przypadkiem. Na dowód przepływa obok mnie coś miękkiego. To zawilgocony, zepsuty piesek na baterie, a może martwy szczur. Słyszę drugi strzał. Pozbywam się papieru - wóz albo przewóz. Już prawie cały. Strzał z drugiej strony, gdzieś od tyłu i gorący ból obok kręgosłupa. Wiem co tam znajdę kiedy dotknę. Przez nieuwagę rozerwałem papier. Chyba to uratowało moją resztę życia. Ktoś oddalił się w popłochu. Takie to było proste, ale teraz już za późno. Tam w oddali jest chyba wodny tramwaj. Właśnie wpływa na przystanek. Dostanę się na niego, może kapitan ma apteczkę i wyciągnie mi zatrutą kulę snajpera. Nie mam czym zapłacić, ale może przyjmie rybę. Była dużo więcej warta niż bilet - teraz może uratuje mi życie. Bardzo trudno jest biec z ciężką rybą i kulą w plecach, w mokrym ubraniu i po kostki w wodzie, ale udaje się w ostatniej chwili. Odpływamy. Między mną a drzwiami kabiny jest ściśnięty tłum ludzi. Nie dam rady przejść. Może dopiero na następnym przystanku uda mi się tam przepchnąć... Mijamy budynki nad wodą, które naciągają wilgocią w szybkim tempie. Jedynie tam, gdzie ktoś zapala światło, oświetla fasadę, wilgoć cofa się do kanału. Zza pleców słyszę zachrypniętego przewodnika, który mówi, że stanie się rzecz straszna jak zabraknie prądu i światła zgasną. Wszystko obróci się w mokre gruzy i zapadnie pod wodę. Na szczęście jest dużo elektrowni w pogotowiu. Ktoś płynie przed nami gondolą. Z zardzewiałego magnetofonu z diodami w głośnikach płynie dziwnie zniekształcona pieśń. Na dziobie łodzi, mechaniczny śpiewak poruszany jakoś cwanie przez gondoliera, kłapie blaszaną szczęką zupełnie nie w takt muzyki. Przycupnięty obok mechaniczny akordeonista rozciąga i ściska niemy akordeon. Przy ściskaniu z dziurawej harmonii wylewa się woda. Pasażerowie nie zwracają na to uwagi, wszyscy śpią, przykryci starymi kocami. Nie poruszają się.
Obok burty, przy której stoję zaczyna bulgotać woda. Wynurza się z niej gumowy, otyły płetwonurek i gramoli na naszą łódkę, prawie ją przewracając. Pasażerowie odsuwają się od burty, a paru próbuje walić go po głowie kołem ratunkowym, które jest jednak za ciężkie i wciąga ich do wody. Płetwonurek podnosi maskę i ochrypłym głosem domaga się biletów. To chyba rewizor. Wali płetwami o pokład, poruszając się od jednego do drugiego pasażera. Nie mam biletu. Tam gdzie cały czas czułem ciepły ból zaczyna mi być bardzo zimno. Kiedy rewizor do mnie dochodzi, w ostatnim przebłysku świadomości staram się upaść tak, żeby ryba się nie potłukła.

Budzę się na brzegu, czując że zimno mi w mokre dłonie, którymi staram się kurczowo trzymać rybę. Chyba darowali mi jazdę bez biletu ale za to nie udzielili pomocy. Mogę stąd jeszcze uciec. Nie wiem skąd mam jeszcze siły. Gdzieś w stronę, skąd słychać muzykę karuzeli, gdzieś przez plac Św. Marka, tam była wieża - to chyba stamtąd wyszedłem. Musiało być niedaleko. Już słyszę karuzelę i dźwięk rozkładanych stołów do uciekania. Muszę tylko odpowiednio długo iść w jedną stronę, tą skąd dobiega muzyka. Kat przy karuzeli będzie mieć apteczkę - zestaw pierwszej pomocy. Dalej, dalej... Wystarczy iść i nie myśleć, że czas mija, że już prawie umarłem. Wbiegam na most, to ten co się kiedyś zawalił i czuję, że dalej nie mogę biec. Muszę się pozbyć ryby - wybrać życie. Rzucam ją do wody - natychmiast idzie na dno. To jednak nie pomogło. Wysiłek przy wyrzucaniu był za duży. Słaniając się schodzę po schodach z mostu. Tu już woda przykryła chodnik. Leżą w niej ludzie w rozchełstanych ubraniach. Nie zdążyli, albo znaleźli się na linii strzału. Coś mi podpowiada, że chcę się znowu obudzić, po to aby uciec. Tym razem uciec, zanim mi się przypomni za późno. Jest szansa, trzeba się położyć między nimi, położyć się na wznak, z rozrzuconymi ramionami i poczekać na wysoką wodę.