[mhkm] > księga > autorskie > MONTAGBOOK > TRANSPORT
> Fabryka Atramentu
  yahoo - forum dyskusyjne - menel
 
  Michał "Montag" Prochownik

Fabryka Atramentu

    
 

To jest fabryka atramentu, o której podobno nikt nie wie. Otwieram okno. To tylko roleta, która odskakuje z trzaskiem i widać wielką pionową blaszaną ścianę, na której wiszą lampy, jak na suficie zwykłej fabryki. To znaczy lampy, które normalnie zwisają, tutaj sterczą pionowo ze ściany. Są różne, tak jakby od stu lat tylko dokładano nowe. Część z nich nie świeci, część jest całkowicie zardzewiała, w paru skaczą wiązki prądu. Patrzę w lewo i wszędzie są takie same okna. Z niektórych wystają ręce próbujące dosięgnąć lamp, dosięgnąć światła. Ściana słońce. W moim pokoju nie ma nic oprócz pulpitu pod nuty, na którym jest otwarty zeszyt. W całym zeszycie są rysunki nieba. Na każdym niebie jest narysowane wielkie oko. Nie oglądam wszystkich ale wiem. Mieszkam tutaj już długo. Chyba. Nie ma tu nic oprócz tego pulpitu i materaca na ziemi, ale wiem, że tu mieszkam. Już długo.

Wychodzę na korytarz. Moje drzwi są świeżo malowane. Mają taki ciemnozielony pasek farbą olejną i aluminiową klamkę, bardzo zimną. Wszędzie drogowskazy w różnych kierunkach. Dziś podobno przybył ktoś nowy. Schodzę na dół. Te schody są tylko na dół. Schodzę niżej i znowu są tylko na dół. Do góry tą samą drogą nie można już wrócić. Wszędzie drzwi coraz mniej świeżo malowane.

Na dolnych poziomach jest duszno i ciemniej niż tam u mnie. Wchodzę przez odnowione drzwi. To podobno tu. Taki sam pokój jak mój. Otwieram okno. Tu, niżej, większość lamp wygląda tak jakby była wyjęta ze starego radia. Świecą blado, zielono, fioletowo, bursztynowo i brzęczą. Bije od nich gorąco. Patrzę na pulpit nutowy. Zeszyt. Jakieś zygzaki. To nie tutaj. Boje się, że drzwi zamkną się same. Uciekam w dół - inaczej się nie da. Trzeba iść w dół i w dół, w końcu wraca się do siebie - niby na górę. Nie wiem czemu tak jest.

Znajduję inne drzwi, prawie takie jak moje ale wyraźnie stare, całe pokryte odręcznym pismem. Coś mi mówi, że to jest to. Pióro. Niebieski atrament. Nie mogę rozróżnić słów. Ściany obok też są zapisane ale gorzej widać. Próbuję zacząć czytać, ale to jakieś długie zdania. Nie ma początku ani końca. Charakter pisma jest nieczytelny. W końcu otwieram drzwi. W środku jest młoda dziewczyna i jakiś znacznie starszy od niej facet. Tutaj przynajmniej mają łóżko. Z nowym materacem w jasnoniebieskie paski. Nie ma pulpitu nutowego. Próbuję do niej mówić ale nie słychać moich słów - jej też nie, choć porusza ustami, może nawet coś krzyczy. Facet leży na łóżku w samych spodniach. Jest słaby, ma półotwarte usta. Umiera? Oboje tacy przestraszeni i zmęczeni - pewnie jeszcze w szoku. Patrzę na jego ręce. Nienaturalnie wyraźnie widać na nich wszystkie żyły i ślady po nakłuciach. Próbuję wyciągnąć rękę do dziewczyny, żeby się przywitać i wtedy widzę żyły na mojej ręce - są takie same jak jego. Zaczynają mnie boleć. Kolor taki jak tych zdań napisanych na drzwiach i ścianach. Wiem. W nich jest atrament. Są pełne atramentu. Czym ja malowałem oczy na niebie? Gorączkowo próbuję sobie przypomnieć...