To jest fabryka
atramentu, o której podobno nikt nie wie. Otwieram okno. To
tylko roleta, która odskakuje z trzaskiem i widać wielką pionową
blaszaną ścianę, na której wiszą lampy, jak na suficie zwykłej
fabryki. To znaczy lampy, które normalnie zwisają, tutaj sterczą
pionowo ze ściany. Są różne, tak jakby od stu lat tylko dokładano
nowe. Część z nich nie świeci, część jest całkowicie zardzewiała,
w paru skaczą wiązki prądu. Patrzę w lewo i wszędzie są takie
same okna. Z niektórych wystają ręce próbujące dosięgnąć lamp,
dosięgnąć światła. Ściana słońce. W moim pokoju nie ma nic
oprócz pulpitu pod nuty, na którym jest otwarty zeszyt. W
całym zeszycie są rysunki nieba. Na każdym niebie jest narysowane
wielkie oko. Nie oglądam wszystkich ale wiem. Mieszkam tutaj
już długo. Chyba. Nie ma tu nic oprócz tego pulpitu i materaca
na ziemi, ale wiem, że tu mieszkam. Już długo.
Wychodzę na
korytarz. Moje drzwi są świeżo malowane. Mają taki ciemnozielony
pasek farbą olejną i aluminiową klamkę, bardzo zimną. Wszędzie
drogowskazy w różnych kierunkach. Dziś podobno przybył ktoś
nowy. Schodzę na dół. Te schody są tylko na dół. Schodzę niżej
i znowu są tylko na dół. Do góry tą samą drogą nie można już
wrócić. Wszędzie drzwi coraz mniej świeżo malowane.
Na dolnych poziomach
jest duszno i ciemniej niż tam u mnie. Wchodzę przez odnowione
drzwi. To podobno tu. Taki sam pokój jak mój. Otwieram okno.
Tu, niżej, większość lamp wygląda tak jakby była wyjęta ze
starego radia. Świecą blado, zielono, fioletowo, bursztynowo
i brzęczą. Bije od nich gorąco. Patrzę na pulpit nutowy. Zeszyt.
Jakieś zygzaki. To nie tutaj. Boje się, że drzwi zamkną się
same. Uciekam w dół - inaczej się nie da. Trzeba iść w dół
i w dół, w końcu wraca się do siebie - niby na górę. Nie wiem
czemu tak jest.
Znajduję inne
drzwi, prawie takie jak moje ale wyraźnie stare, całe pokryte
odręcznym pismem. Coś mi mówi, że to jest to. Pióro. Niebieski
atrament. Nie mogę rozróżnić słów. Ściany obok też są zapisane
ale gorzej widać. Próbuję zacząć czytać, ale to jakieś długie
zdania. Nie ma początku ani końca. Charakter pisma jest nieczytelny.
W końcu otwieram drzwi. W środku jest młoda dziewczyna i jakiś
znacznie starszy od niej facet. Tutaj przynajmniej mają łóżko.
Z nowym materacem w jasnoniebieskie paski. Nie ma pulpitu
nutowego. Próbuję do niej mówić ale nie słychać moich słów
- jej też nie, choć porusza ustami, może nawet coś krzyczy.
Facet leży na łóżku w samych spodniach. Jest słaby, ma półotwarte
usta. Umiera? Oboje tacy przestraszeni i zmęczeni - pewnie
jeszcze w szoku. Patrzę na jego ręce. Nienaturalnie wyraźnie
widać na nich wszystkie żyły i ślady po nakłuciach. Próbuję
wyciągnąć rękę do dziewczyny, żeby się przywitać i wtedy widzę
żyły na mojej ręce - są takie same jak jego. Zaczynają mnie
boleć. Kolor taki jak tych zdań napisanych na drzwiach i ścianach.
Wiem. W nich jest atrament. Są pełne atramentu. Czym ja malowałem
oczy na niebie? Gorączkowo próbuję sobie przypomnieć...