Chyba znowu
zapomniałem wyłączyć radia, albo głowa opadła mi na pilota
i coś włączyłem nie tak. Ciekawe, która godzina i czy znowu
przespałem pół dnia. Osiemnasta trzydzieści. To mi się jeszcze
nie zdarzyło, choć jest zupełnie jasno. To niemożliwe, przecież
mamy luty. W każdym razie zasnąłem w lutym. Przecież chyba
nie przespałem kilku miesięcy. Z drugiej strony ktoś mi ostatnio
mówił, że teraz to już dnia będzie przybywać szybko.
Coś jest na
pewno nie tak. Gdzieś podział się mój przedpokój, zamiast
niego jest długi korytarz z plastikową podłogą i szpitalną
akustyką. I sprzątaczka? Sprzątaczki nie rozpoznaję. Właśnie
ciągnie przez korytarz ogromny drewniany wieszak z całą masą
powieszonych na nim kurtek i płaszczy. Ciekawe czyje to wszystko?
Ciągnie go przez błyszczącą podłogę, która gdzieś daleko kończy
się oknem, z którego światło rozlewa się po wyślizganych płytkach
PCV. Z wieszaka cały czas spadają kurtki. Im mocniej szarpie
sprzątaczka tym więcej spada. Musi potem je nakładać na wieszak.
Jest przeraźliwie chuda, a jednak sapie. Zatacza się pod ciężarem
futrzanych płaszczy, które spadając odsłaniają warstwę letnich
kurtek, pod którą widać znowu futra.... Że też ten wieszak
jej się nie przewróci, nie przygniecie. Przy każdym podnoszeniu
kurtki, zwłaszcza futrzanej, sprzątaczka (niby przypadkiem)
przesuwa nią po podłodze. Domyślam się dlaczego jest taka
wypolerowana. Ona pewnie robi to przez całe życie. Przypominam
sobie po co wyszedłem. Łazienka jest naprzeciwko, przynajmniej
to się nie zmieniło, za to sama zmieniła się bardzo. Skośna
podłoga wyłożona papą, taka jak na dachach. W rogach łazienki
i miejscach zetknięcia podłogi ze ścianami spomiędzy popękanych
kafelków na ścianach wychodzą łodygi roślin. Przy samej podłodze
jest zakratowane okno z mleczną szybą z wzorkiem. Nie widać
na zewnątrz, ale okno tam też chyba jest przy samej ziemi.
Mieszkałem na pierwszym piętrze. Ale może od strony łazienki
jest jakaś góra? Może zawsze tu była, a ja nie wiedziałem
o tym, bo nigdy nie miałem okna w łazience. W mojej łazience.
To przecież nie jest moja łazienka. Pomieszczenie jest wysokie.
Przy ścianie powieszone są krzywo dwie ogromne umywalki. Są
wąskie, za to bardzo głębokie i pożółkłe. Obok muszla klozetowa
przerobiona przez kogoś na bidet. W miejscu odpływu wstawione
jest kuchenne sitko pełne mokrych siwych włosów. Rolę muszli
spełnia chyba ten blaszany kształt wkopany w podłogę i obrosły
mchem. Wygląda jak blaszana taczka budowlana bez rączek i
kółka. Zaczynam sikać. Wszystko wylewa się z taczki i rozlewa
się po podłodze z papy za taczką. Płynie w kierunku okna,
tam jest chyba kratka ściekowa. Wychodzę z łazienki. Do drzwi
mam pod górę.
To chyba jakiś
dom, duży dom w starym stylu. Zaczynam się godzić z myślą,
że już nie wrócę do mojego poprzedniego życia. Obudziłem się
w innym świecie. Może jak śpimy to ktoś porządkuje nasze życiowe
kartoteki, albo karty pacjenta powieszone na szpitalnych łóżkach.
Archetypicznie wyglądające pielęgniarki albo otyli urzędnicy
z teczkami i w czarnych przyciasnych garniturach zabierają
nam je po zaśnięciu. W nocy przeglądane są w zadymionych pokojach
centrali, gdzie w kryształowych popielniczkach, w żółtawym
świetle, dymią sterty niedopałków. Treść kart odbija się w
czyichś okularach. Potem poniżej ten ktoś zaciąga się papierosem,
odkłada kartotekę i wydmuchuje na nią dym. Nanoszone są nowe
dane. Stolec, temperatura ciała, zaawansowanie procesu starzenia.
Potem nad ranem pielęgniarki zawieszają karty na łóżkach,
albo urzędnicy chowają je do odpowiednich szuflad w wielkiej
kartotece. Ludzie budzą się i żyją dalej własnym życiem. Spotykają
ich wydarzenia zapisane w ich kartach zeszłej nocy. Może dlatego,
kiedy budzę się w środku nocy, wyrwany ze snu, to jest ciemno
i nie wiem gdzie jestem. Potem szybko się zasypia, bo nad
ranem wszystko będzie w porządku. Czasem coś jednak się popsuje.
Ktoś podmieni karty. Przez pomyłkę, albo na przykład z takiego
powodu, że na kartę wyleje się kawa z fusami. Wtedy można
pewnie zrobić kilka rzeczy. Odszukać kartę nieco podobną i
na przykład powielić, dopisując naprędce kilka zmian, żeby
osoby nie żyły w jednym miejscu z wszystkim tym samym. Muszą
być różnice. Wtedy tylko nasze ciała nie pozwalają nam się
zejść w przestrzeni w jedną całość. Chronią nas przed połączeniem
się, dla naszego dobra. W ten sposób myślimy, że wewnątrz
nas jest zamknięta unikalna część wszechświata i nikt nie
ma do niej dostępu. Nawet my sami. A mnie pewnie musieli zamienić
karty z kimś innym.
I co zrobić?
Już próbowałem się obudzić ale to chyba nie to. Muszę zacząć
żyć od nowa. Nowe życie może okazać się lepsze. Wszedłem do
pokoju obok. Zasłonięte duże okna. Duży stół, nakrywany do
śniadania albo kolacji. Może jednak kolacji? Posiłek składa
się z pomidorów pokrojonych w plasterki, lub ćwiartki lub
kwadraciki lub całych pomidorów koktajlowych. Wszystko bezpośrednio
na białym obrusie. Brak pieczywa. Wracam na korytarz. Ktoś
wszedł do łazienki. Pukam w zamknięte drzwi i otwieram je.
Wielki pokój - biblioteka. Jasny i przestronny. Przez okno
widać las, cały zielony i odbijający mocne słońce. Chyba jest
czerwiec. Pośrodku pokoju, za starym biurkiem siedzi siwy
profesor. To na pewno profesor. Taki typowy. Ma nawet fajkę.
Cieszy się, że już się obudziłem i pyta jak się czuję na siłach
przed egzaminem. Czuję, że w jego pytaniu jest za dużo pewności.
Pyta niby retorycznie, jakby wiedział, że jestem świetnie
przygotowany. Może jestem jego studentem, a ten budynek to
akademik czy stancja, jakaś stajnia jego najlepszych studentów.
Pytam o jaki egzamin chodzi? Profesor wziął to za świetny
żart. W typowy sposób dla podstarzałych intelektualistów,
z mieszanką sklerozy i nadmiernie wysublimowanego poczucia
humoru. Głupie pytanie tak nim zatrzęsło ze śmiechu, że mało
się nie rozsypał. Zacząłem myśleć o pomidorach. Profesor,
jak się już pośmiał, wyjaśnił mi podekscytowany, że oto przecież
nadchodzi ukoronowanie jego kariery, a początek mojej. Wielki
egzamin z żulistyki.
Ale ja dzisiaj nie jestem sobą. Nie mam ochoty brać udziału
w egzaminie. Profesor kiwa głową i mówi, że to przewidywalne,
przed egzaminem jeszcze miałem się wyszaleć na wszelkie sposoby.
Przecież to ze mną ustalał. Miałem się wyszaleć, bo potem
nie będę miał okazji, czeka mnie długa, ciężka droga do stania
się naukowcem w unikalnej dziedzinie, którą zajmuje się profesor,
niedostępnej dla innych, niezrozumiałej i ściśle tajnej. Bez
rozgłosu na świecie, za to z dożywotnią estymą kilku specjalistów.
Wszyscy już zresztą niedługo umrą. A ja jestem najlepszy i
ja zostanę i znajdę następcę, bo profesor we mnie wierzy.
Zawsze wierzył. Spędziłem tu tyle czasu, a on przygotowywał
mnie do egzaminu.
Jest z siebie dziwnie zadowolony. Jak twierdzi, przewidzieliśmy
obaj tę sytuację. Przed samym egzaminem się zawaham. Nie będę
chciał. Dlatego już wcześniej podpisałem, że mimo oporu przystąpię
do egzaminu i zakończę go.
Postanowiłem zapytać o co chodzi. Sprawiło to radość profesorowi.
To trudny egzamin - polega na spędzeniu 30 lat w więzieniu,
z wyrokiem rzecz jasna. Będę o tym wiedział, że w sumie siedzę
dla nauki. To stworzy w moim starannie przygotowywanym przez
profesora umyśle, poczucie krzywdy, które dzięki uprzedniemu
treningowi psychicznemu wyzwoli w mojej osobie pokłady przenikliwej
myśli naukowej. Tylu wielkich ludzi napisało swoje najlepsze
rzeczy w więzieniu, ale tylko profesor dostrzegł dlaczego.
To byli nieświadomi adepci żulistyki. A teraz jest nowoczesność,
nie ma intuicyjnego działania. Na wszystko jest metoda. Analiza
danych statystycznych. Tak z nich wyszło. Plan musi się udać.
W razie czego w łazience jest zakopana martwa kobieta. Ludzie
profesora zabili ją dla nauki. Sam mu podobno podsunąłem ten
pomysł. Poświęcił się dla mnie bo osobiście zlecił morderstwo.
Gdyby moja osobowość nie działała w więzieniu w kierunku naukowym,
mogą ją odkopać. Mam w sobie zakodowane gotowe wyrzuty sumienia
ale teraz podobno mam jakąś psychiczną blokadę profesora.
Zaczynam rozglądać się po pokoju. Na dużej komodzie są chyba
moje zdjęcia z bardzo ładną dziewczyną. Razem. Może to ona?
Może to ja? Nigdzie nie ma luster. Ktoś je pozdejmował. Widzę
pociemniały prostokąt na ścianie przy wieszaku.
Muszę wytłumaczyć
profesorowi, że to nie ja. Tłumaczę. On się tylko uśmiecha.
Komentuje, że staram się zgodnie z przewidywaniami, nawet
nie mówię więziennym slangiem, którego mnie nauczył. Dziwi
się, że aż tak dobrze przypomniałem sobie zwykły język. Dodaje,
że jest zadowolony. Takie moje zachowanie też przewidzieliśmy
wcześniej razem. Będę udawał, że to nie ja. Numer 349 na liście
prób wykręcenia się od egzaminu. Przygotowaliśmy ją wspólnie.
A więc każdy mój ruch przewidziałem ja sam i każdym ruchem
potwierdzam, że egzamin jest słuszny, że nikt tylko ja, bo
to co robię, cokolwiek bym zrobił, będzie tylko kolejnymi
klockami układanki, którą sam sobie wcześniej wymyśliłem,
kolejnym obrotem klucza w skomplikowanym zamku. Ja czyli obecnie
nie ja. Ktoś miał wielkie szczęście, że właśnie teraz podmienił
życie. To pewnie nie znalazło się na liście możliwych wybiegów
profesora, a on w nią wierzy i wierzy w naszą wspólną nieomylność
i naukową przewidywalność każdego ruchu. Tamten pewnie już
się obudził w moim łóżku, w lutym, w sobotę o godzinie 10:30,
zjadł śniadanie, które znalazł w lodówce i spokojnie odlał
się w łazience, gratulując sobie super-pomysłu. Uczeń przerósł
i opuścił paradygmat, w którym poruszał się jego mistrz. Jest
dla niego niewidzialny, w nadprzyrodzony sposób.
Mogę wziąć udział
w egzaminie, albo się zabić, albo próbować uciec. To pewnie
też jest przewidziane. Numer jeden na liście. Mogę spróbować
zabić profesora. Numer dwa na liście. Póki co powinienem się
ubrać. Mówię, że muszę iść się ubrać. Profesor będzie mi towarzyszył,
razem z dwoma pokojówkami i jakimś myśliwym. Wychodzimy na
dwór. To rzeczywiście jest parter. Ja natomiast teraz wiem,
że mój dom jest na tyłach wielkiego parku, w którym mieści
się budynek profesora. Wiem o tym, więc moja świadomość również
ulega przekształceniom. Już pojawia się wiedza na temat świata,
w którym żyję. Jeszcze trochę, a zapomnę skąd się tu wziąłem.
Nie tylko rzeczywistość się zmienia. Ja się zmieniam razem
z nią. Mój mózg jest częścią rzeczywistości.
Idziemy dalej. Już widać pałacyk kawalerów, tak się to tu
kiedyś nazywało. Czuję się jakbym szedł na szafot z eskortą.
Kątem oka dostrzegam sąsiadkę, która za płotem pieli grządkę.
Jest ciepło ubrana jak na czerwiec. Znam ją z dzieciństwa.
Skąd się tu wzięła razem ze swoim domem i kawałkiem płotu?
Im bliżej tym zimniej. Jesteśmy obok i przychodzi mi na myśl,
że może da się to odkręcić, w okolicach mojego domu, który
wcześniej był pokojem (coś się musiało źle przekształcić)
jest zima i ciemno. Tłumaczę profesorowi, że to nie ja. Że
to jest część rzeczywistości, która jest moja. Inna niż jego.
Tu jest pełno brudnego śniegu, drzewa są gołe i jest zimno.
Profesor potakuje, kiwa głową. Tego się nie spodziewał.
Odgłos pielenia
ustał nagle. Nie ma już domu sąsiadki, a śnieg zaczyna topnieć
wokół profesora, któremu wraca rezon. Twierdzi, że to pewnie
jakaś anomalia meteorologiczna i że tego nie przewidywała
lista moich wybiegów. Nie szkodzi jednak. Na liście jako ostatni
punkt zaznaczono, że świadomy listy przewidywalnych wybiegów
będę usiłował wybiegów nieprzewidywalnych. Dlatego na wszelki
wypadek podjęto dodatkowe środki ostrożności. Zima im nie
straszna.