[mhkm] > księga > autorskie > MONTAGBOOK > TRANSPORT
> Stoły 
  yahoo - forum dyskusyjne - menel
 
  Michał "Montag" Prochownik

Stoły

    
 

W pokoju, na stołach na kółkach, leżymy przykryci prześcieradłami. Ja leżę na jednym, Lolo zajmuje drugi, który jest po mojej prawej stronie, nieco z przodu. Po prawej stronie - nieco z tyłu, siedzi młoda dziewczyna Sebastiana owinięta prześcieradłem. Trzęsie się z zimna i trzyma w rękach książkę do chemii, bo uczy się do egzaminu. Wszyscy, oprócz jego dziewczyny byliśmy w tym tramwaju, jak wtedy nagle przyspieszył przed zakrętem, ale teraz już nie jestem pewien co się dalej stało. Nawet nie pamiętam czy to Sebastian zapraszał. Dom nie jest duży, choć znajdując się tutaj mam dziwne wrażenie, że za każdą ze ścian tego przestronnego pokoju są jeszcze jakieś inne, ciągnące się daleko przestrzenie. Przez nasze pomieszczenie przechodzą co jakiś czas naukowcy-geniusze o wyglądzie pryszczatych studentów. Noszą ze sobą czarne tablice szkolne, takie jak w czarno-białych filmach o szkole z wczesnych lat powojennych. Na nich mają chemiczno-matematyczne wzory. Mówią mało, przemieszczają się za to dość intensywnie. Właśnie jakiś wypełza spod naszego stołu ze słoikiem dżemu w rękach. A może to miód? W słoiku stoi sztywno, upaprana po rękojeść łyżeczka. W tym momencie przypominam sobie, że jak byliśmy jeszcze w tramwaju, to Lolo miał w ręce jakąś zakurzoną książkę do fizyki. Widzę właśnie jak dosiadł się do niego jeden z naukowców. Daje mu słoik, z czymś co wygląda jak małe kolorowe kostki z żelu, takiego jak w gumisiach Haribo. Jedne większe, drugie mniejsze, ale wszystkie o geometrycznych kształtach przypominających prostopadłościany ze skośnie ściętą górą.
- To zajebiście - mówi Lolo. Mówi to głośno, ale słychać go głucho, jakby z daleka. Tamten odchodzi od niego i zaczyna zagadywać do dziewczyny Sebastiana, która wydaje się już całkiem nieźle zmarznięta. Spada jej książka do chemii. Wyciąga spod siebie jakąś inną i otwiera w połowie. Z urywków rozmowy między tym (a może już nie tym) gościem i nią dochodzi, że bardzo boi się tego egzaminu bo jak go nie zda to koniec.
Lolo właśnie relacjonuje nam, że w tych żelkach są poukrywane bardzo skomplikowane formuły chemiczne, które musiałyby zająć bardzo dużo miejsca, gdyby ktoś chciał je zapisać inaczej, a taki słój - mówi, przyglądając mu się pod światło - zastępuje tony kompaktów. Dostałem na przechowanie.
Słoik jest czysty i ładnie błyszczy. Wygląda jak naczynie aptekarskie. Nie ma blaszanej zakrętki tylko dokładnie dopasowaną szklaną zatyczkę, w której odbija się cały nasz pokój ze stołami. Lolo potrząsa słojem i patrzy jak układają się w nim kolorowe żelki.

I wtedy wszyscy chyba zasnęliśmy, bo przecież był wieczór, a teraz jest rano. Jak to się stało? Czuję się teraz tak niezręcznie. Pokój wypełnia zimne, metaliczne światło dochodzące zza okna. Jeśli to w ogóle jest okno. Lolo leży rozwalony na wznak na swoim stole. Ma pół-otwarte usta. Jest całkiem odkryty - gdzieś podziało się jego prześcieradło. Chcę sprawdzić czy nie spadło na podłogę. Nie ma go. Dopiero teraz zauważam, że podłoga jest z szarej, betonowej wylewki, z rowkami biegnącymi do srebrnych kratek ściekowych. Pod Lolem widać plamę wymiocin, w której wala się otwarty słoik. Dopiero teraz czuję słodkawy smród tego co tam jest.
- Zjadłem je - mamrocze Lolo przez sen - sorry, taki już jestem... że zjadłem.
Nagle otwierają się drzwi i wchodzi jakiś - mniej więcej - pięćdziesięcioletni facet ubrany i ufryzowany tak, jakby pochodził z dawnych lat. Ma wąsy, bokobrody i błyszcząca kamizelkę w pionowe pasy. Jest wyraźnie zaszokowany i zdegustowany naszym widokiem. Za nim jakaś damulka, pewnie żona. Pytają co my tu robimy i o co chodzi? Są potwornie zaszokowani tym co widzą. Co za wstyd. Nie dość, że zasiedzieliśmy się tutaj na noc, to jeszcze teraz to rzyganie. Za małżeństwem pchają się do pomieszczenia następni oburzeni ludzie. Wyglądają jak rodzinka pełna zażywnych stryjów, dostojnych wujów i ciotek podszytych dulszczyzną. Z wielką wrzawą i obrzydzeniem podchodzą do dziewczyny Sebastiana, która znajduje się w takiej samej pozycji jak ostatnio, tyle, że jest kompletnie zamarznięta i oblodzona. Nie rusza się, ma szkliste oczy. W sinych rękach trzyma książkę. Z jej palców u nóg, jakby kurczowo zaciśniętych na brzegu stołu zwieszają się sople. Na podłodze leży bezładnie kilka oszronionych książek. Pewnie te, które jej spadły.

Postanawiam wstać i wytłumaczyć się tym ludziom. Przeprosić, że się zasiedzieliśmy i że zaskoczyła nas sytuacja. Próbuję mówić do nich ale zbywają mnie niechętnymi gestami. Widocznie odpowiada im rola nas jako negatywnych bohaterów tego co tu się dzieje. Ktoś tam próbuje mówić dziewczynie, że ją stąd zabiorą. Zaczynam rozumieć, że to chyba jej rodzice, z resztą rodziny. Panuje nastrój w stylu "a nie mówiliśmy, że to się źle skończy?". Ja zaczynam być pewien, że cały ten incydent skończy się chyba źle przede wszystkim dla Sebastiana. Pewnie ta rodzinka od początku była przeciwna ich związkowi i żeby ona pojechała do niego, a teraz mają tego dowód. Ale gdzie jest Sebastian?
Lolo odwrócił się na drugi bok. Mam nadzieję, że nie zacznie znowu wymiotować. Przez otwarte drzwi wydostaję się na zewnątrz. Labirynt pomieszczeń, a wszędzie stoły zastawione śniadaniem. Chyba wszyscy ci ludzie przerwali jedzenie na komendę. Wszędzie kieliszki z niedojedzonymi jajkami na miękko, z których żółtko wylewa się, ściekając z boku na talerzyk. Jakieś bułki w kraciastych chustach i noże oparte o metalowe podkładki z napoczętymi kostkami masła. Rogale i kawa w porcelanowych filiżankach, na brzegach których widać co jakiś czas ślad szminki. Na ścianach pozawieszane naprędce portrety groźnie patrzących przodków tych, co jedli śniadanie. Te stoły też mają kółeczka, jak te nasze. Na podłodze, przy krzesłach, co jakiś czas widać serwetki, które widocznie zsunęły się z kolan, kiedy wszyscy ci ludzie wstali. Ale nie ma czasu. Wchodzę do czegoś na kształt małej kuchni. Jej połowę zajmuje wielki starodawny piec, z zapieckiem uformowanym w dużą kwadratową nieckę, w której wśród grubych pierzyn leży Sebastian. Trudno jest tu rozmawiać bo całe pomieszczenie wypełnia hałas ognia. Sebastian jest obłożony dziesiątkami książek, dość podobnych do tych, które czytała jego dziewczyna. Z okładki jednej z nich wynika, że to jakieś przemieszanie sonetów z równaniami matematycznymi. Otworzyłem ją i rzeczywiście. W coś na kształt skomplikowanego chemicznego wzoru były powpisywane sylaby wierszy wpisane w równania. Schemat ciągnął się przez następne kartki. Sebastian trzymał w rękach podobną książkę i coś mamrotał, tak jakby pod nosem powtarzał to co odczytał z wzorów. Zacząłem mu tłumaczyć, że zamarzła jego dziewczyna i że to nie nasza wina i że ogólnie przykro mi, że tak się stało i że teraz jej rodzina jest oburzona i chce ją zabrać. On tylko machinalnie kiwa głową jakby mało go to obchodziło i wykorzystując ten ruch jeszcze bardziej pochyla się nad książką. Rozglądam się po kuchni. To czego nie zajmuje piec, prawie w całości zajmuje porąbane drewno, które do pieca ciągle wrzuca jego Mama, która mówi mi dzień dobry jakby nic się nie stało. Widzę, że za nią jest jeszcze jakieś małe ciemne pomieszczenie, oświetlane tylko refleksami świetlnymi z otwartego paleniska. Są tam stłoczeni ci sami młodzi naukowcy, którzy wcześniej błąkali się po naszym pokoju. Teraz stoją tam wychudzeni i upakowani w bezładnej plątaninie. Mają wytrzeszczone oczy, głupie miny i trącają się nerwowo łokciami, a może to tylko ich nerwowe tiki czy drgawki. Kilku z nich widząc, że na nich patrzę uśmiecha się głupawo pokazując zepsute zęby oblepione dżemem. Oglądam się za siebie. Nie ma już drogi, którą przyszedłem. Zauważam, że obok drzwi stoją połamane tablice zapisane kredą. Pewnie część poszła na podpałkę. Reszta na pewno, prędzej czy później, znajdzie się w piecu.