W pokoju, na
stołach na kółkach, leżymy przykryci prześcieradłami. Ja leżę
na jednym, Lolo zajmuje drugi, który jest po mojej prawej
stronie, nieco z przodu. Po prawej stronie - nieco z tyłu,
siedzi młoda dziewczyna Sebastiana owinięta prześcieradłem.
Trzęsie się z zimna i trzyma w rękach książkę do chemii, bo
uczy się do egzaminu. Wszyscy, oprócz jego dziewczyny byliśmy
w tym tramwaju, jak wtedy nagle przyspieszył przed zakrętem,
ale teraz już nie jestem pewien co się dalej stało. Nawet
nie pamiętam czy to Sebastian zapraszał. Dom nie jest duży,
choć znajdując się tutaj mam dziwne wrażenie, że za każdą
ze ścian tego przestronnego pokoju są jeszcze jakieś inne,
ciągnące się daleko przestrzenie. Przez nasze pomieszczenie
przechodzą co jakiś czas naukowcy-geniusze o wyglądzie pryszczatych
studentów. Noszą ze sobą czarne tablice szkolne, takie jak
w czarno-białych filmach o szkole z wczesnych lat powojennych.
Na nich mają chemiczno-matematyczne wzory. Mówią mało, przemieszczają
się za to dość intensywnie. Właśnie jakiś wypełza spod naszego
stołu ze słoikiem dżemu w rękach. A może to miód? W słoiku
stoi sztywno, upaprana po rękojeść łyżeczka. W tym momencie
przypominam sobie, że jak byliśmy jeszcze w tramwaju, to Lolo
miał w ręce jakąś zakurzoną książkę do fizyki. Widzę właśnie
jak dosiadł się do niego jeden z naukowców. Daje mu słoik,
z czymś co wygląda jak małe kolorowe kostki z żelu, takiego
jak w gumisiach Haribo. Jedne większe, drugie mniejsze, ale
wszystkie o geometrycznych kształtach przypominających prostopadłościany
ze skośnie ściętą górą.
- To zajebiście - mówi Lolo. Mówi to głośno, ale słychać go
głucho, jakby z daleka. Tamten odchodzi od niego i zaczyna
zagadywać do dziewczyny Sebastiana, która wydaje się już całkiem
nieźle zmarznięta. Spada jej książka do chemii. Wyciąga spod
siebie jakąś inną i otwiera w połowie. Z urywków rozmowy między
tym (a może już nie tym) gościem i nią dochodzi, że bardzo
boi się tego egzaminu bo jak go nie zda to koniec.
Lolo właśnie relacjonuje nam, że w tych żelkach są poukrywane
bardzo skomplikowane formuły chemiczne, które musiałyby zająć
bardzo dużo miejsca, gdyby ktoś chciał je zapisać inaczej,
a taki słój - mówi, przyglądając mu się pod światło - zastępuje
tony kompaktów. Dostałem na przechowanie.
Słoik jest czysty i ładnie błyszczy. Wygląda jak naczynie
aptekarskie. Nie ma blaszanej zakrętki tylko dokładnie dopasowaną
szklaną zatyczkę, w której odbija się cały nasz pokój ze stołami.
Lolo potrząsa słojem i patrzy jak układają się w nim kolorowe
żelki.
I wtedy wszyscy
chyba zasnęliśmy, bo przecież był wieczór, a teraz jest rano.
Jak to się stało? Czuję się teraz tak niezręcznie. Pokój wypełnia
zimne, metaliczne światło dochodzące zza okna. Jeśli to w
ogóle jest okno. Lolo leży rozwalony na wznak na swoim stole.
Ma pół-otwarte usta. Jest całkiem odkryty - gdzieś podziało
się jego prześcieradło. Chcę sprawdzić czy nie spadło na podłogę.
Nie ma go. Dopiero teraz zauważam, że podłoga jest z szarej,
betonowej wylewki, z rowkami biegnącymi do srebrnych kratek
ściekowych. Pod Lolem widać plamę wymiocin, w której wala
się otwarty słoik. Dopiero teraz czuję słodkawy smród tego
co tam jest.
- Zjadłem je - mamrocze Lolo przez sen - sorry, taki już jestem...
że zjadłem.
Nagle otwierają się drzwi i wchodzi jakiś - mniej więcej -
pięćdziesięcioletni facet ubrany i ufryzowany tak, jakby pochodził
z dawnych lat. Ma wąsy, bokobrody i błyszcząca kamizelkę w
pionowe pasy. Jest wyraźnie zaszokowany i zdegustowany naszym
widokiem. Za nim jakaś damulka, pewnie żona. Pytają co my
tu robimy i o co chodzi? Są potwornie zaszokowani tym co widzą.
Co za wstyd. Nie dość, że zasiedzieliśmy się tutaj na noc,
to jeszcze teraz to rzyganie. Za małżeństwem pchają się do
pomieszczenia następni oburzeni ludzie. Wyglądają jak rodzinka
pełna zażywnych stryjów, dostojnych wujów i ciotek podszytych
dulszczyzną. Z wielką wrzawą i obrzydzeniem podchodzą do dziewczyny
Sebastiana, która znajduje się w takiej samej pozycji jak
ostatnio, tyle, że jest kompletnie zamarznięta i oblodzona.
Nie rusza się, ma szkliste oczy. W sinych rękach trzyma książkę.
Z jej palców u nóg, jakby kurczowo zaciśniętych na brzegu
stołu zwieszają się sople. Na podłodze leży bezładnie kilka
oszronionych książek. Pewnie te, które jej spadły.
Postanawiam
wstać i wytłumaczyć się tym ludziom. Przeprosić, że się zasiedzieliśmy
i że zaskoczyła nas sytuacja. Próbuję mówić do nich ale zbywają
mnie niechętnymi gestami. Widocznie odpowiada im rola nas
jako negatywnych bohaterów tego co tu się dzieje. Ktoś tam
próbuje mówić dziewczynie, że ją stąd zabiorą. Zaczynam rozumieć,
że to chyba jej rodzice, z resztą rodziny. Panuje nastrój
w stylu "a nie mówiliśmy, że to się źle skończy?".
Ja zaczynam być pewien, że cały ten incydent skończy się chyba
źle przede wszystkim dla Sebastiana. Pewnie ta rodzinka od
początku była przeciwna ich związkowi i żeby ona pojechała
do niego, a teraz mają tego dowód. Ale gdzie jest Sebastian?
Lolo odwrócił się na drugi bok. Mam nadzieję, że nie zacznie
znowu wymiotować. Przez otwarte drzwi wydostaję się na zewnątrz.
Labirynt pomieszczeń, a wszędzie stoły zastawione śniadaniem.
Chyba wszyscy ci ludzie przerwali jedzenie na komendę. Wszędzie
kieliszki z niedojedzonymi jajkami na miękko, z których żółtko
wylewa się, ściekając z boku na talerzyk. Jakieś bułki w kraciastych
chustach i noże oparte o metalowe podkładki z napoczętymi
kostkami masła. Rogale i kawa w porcelanowych filiżankach,
na brzegach których widać co jakiś czas ślad szminki. Na ścianach
pozawieszane naprędce portrety groźnie patrzących przodków
tych, co jedli śniadanie. Te stoły też mają kółeczka, jak
te nasze. Na podłodze, przy krzesłach, co jakiś czas widać
serwetki, które widocznie zsunęły się z kolan, kiedy wszyscy
ci ludzie wstali. Ale nie ma czasu. Wchodzę do czegoś na kształt
małej kuchni. Jej połowę zajmuje wielki starodawny piec, z
zapieckiem uformowanym w dużą kwadratową nieckę, w której
wśród grubych pierzyn leży Sebastian. Trudno jest tu rozmawiać
bo całe pomieszczenie wypełnia hałas ognia. Sebastian jest
obłożony dziesiątkami książek, dość podobnych do tych, które
czytała jego dziewczyna. Z okładki jednej z nich wynika, że
to jakieś przemieszanie sonetów z równaniami matematycznymi.
Otworzyłem ją i rzeczywiście. W coś na kształt skomplikowanego
chemicznego wzoru były powpisywane sylaby wierszy wpisane
w równania. Schemat ciągnął się przez następne kartki. Sebastian
trzymał w rękach podobną książkę i coś mamrotał, tak jakby
pod nosem powtarzał to co odczytał z wzorów. Zacząłem mu tłumaczyć,
że zamarzła jego dziewczyna i że to nie nasza wina i że ogólnie
przykro mi, że tak się stało i że teraz jej rodzina jest oburzona
i chce ją zabrać. On tylko machinalnie kiwa głową jakby mało
go to obchodziło i wykorzystując ten ruch jeszcze bardziej
pochyla się nad książką. Rozglądam się po kuchni. To czego
nie zajmuje piec, prawie w całości zajmuje porąbane drewno,
które do pieca ciągle wrzuca jego Mama, która mówi mi dzień
dobry jakby nic się nie stało. Widzę, że za nią jest jeszcze
jakieś małe ciemne pomieszczenie, oświetlane tylko refleksami
świetlnymi z otwartego paleniska. Są tam stłoczeni ci sami
młodzi naukowcy, którzy wcześniej błąkali się po naszym pokoju.
Teraz stoją tam wychudzeni i upakowani w bezładnej plątaninie.
Mają wytrzeszczone oczy, głupie miny i trącają się nerwowo
łokciami, a może to tylko ich nerwowe tiki czy drgawki. Kilku
z nich widząc, że na nich patrzę uśmiecha się głupawo pokazując
zepsute zęby oblepione dżemem. Oglądam się za siebie. Nie
ma już drogi, którą przyszedłem. Zauważam, że obok drzwi stoją
połamane tablice zapisane kredą. Pewnie część poszła na podpałkę.
Reszta na pewno, prędzej czy później, znajdzie się w piecu.