Wydawało mi
się, że przyjechałem wielką ciężarówką, taką jak na filmach,
z napisem firmy logistycznej. Ogromne pudło na ciągniku siodłowym
w palącym słońcu, na rozgrzanym asfalcie, obok stacji benzynowej.
Nie wiem jak mogłem wytrzymać w środku w tym upale, leżąc
na blaszanej podłodze w piżamie. Portier chował się za kontuarem
podając mi niepewnie klucz, nawet nie próbował zagadywać.
Wszędzie za to wysprzątane jak nigdy dotąd. Na czystych podłogach
leżą pijane sprzątaczki w odprasowanych chałatach. Nie ruszają
się. Podobno zostają. Zostały przejęte razem z całym inwentarzem
i meblami. Niektóre chyba nie oddychają, może przesadziły,
choć podobno ktoś im coś gdzieś dosypał. W taki upał sprzedają
wielką firmę, bez klimy, w zaduchu pomieszczeń, gdzie odchodzą
płytki PCV i więdną kwiaty powieszone na ścianach, w których
zapuściły korzenie, przebijając plakatowe kalendarze sprzed
kilku lat, powieszone pod kwiatkami na podkładkę, żeby w razie
zacieków nie było trzeba malować. Ale ten upał to podobno
specjalnie wybrany, znaczy pora upalna i awaria stacji benzynowej.
Brak paliwa. Ta ciężarówka stanęła tak bez sensu. Już nie
pamiętam czy zabrakło benzyny, czy to przez ten autobus bez
tapicerki w środku, co stał przed nami pusty. Może zablokował
dojazd? Przepychałem się pod prąd tłumu ludzi z wielkimi torbami
pełnymi plastikowych długopisów z logo firmy, zresztą torby
też z logo, takie wymięte i wrzynające przy uchwytach. Zbyt
duże obciążenie. Wyobraziłem sobie ciasne gorące mieszkania,
gdzie ludzie Ci będą trzymali dłonie w garnkach z zimną wodą,
patrząc niemo przez okna na zakorkowaną ulicę i na wysoki
biurowiec firmy, gdzie na ostatnim piętrze zawsze pali się
światło. Tam nas wszystkich sprzedadzą, tych których sprzedać
się da. Na drodze były ulotki z obietnicą sprzedaży, choć
to nazywało się promesa czy jakoś tak. "Sprzedamy wszystkich!"
Mnie to jednak nie dotyczy, przecież przyszedłem tu po co
innego, coś czego zapomniałem i chciałem zabrać do domu. Było
w reklamówce. Przez ten upał i uporczywe pocieranie językiem
o podniebienie, żeby pozbyć się piasku. Wydaje mi się, że
mam piasek w gardle. Mało nie zwymiotowałem w windzie próbując
przed lustrem usunąć go palcem z tylnej części języka. Gorsza
sprawa z guzikami. Nie ma mojego piętra. Ktoś zmazał piętra
z guzików, na dodatek poprzestawiał coś, bo naciśnięcie jednego
powoduje, że podświetla się inny, a jak naciśnie się kolejny
to tamten gaśnie, a zapala się znowu inny. Mało im było skomplikowanego
systemu wind z przesiadkami, jeszcze musieli coś popieprzyć
z guzikami. Udało mi się zapalić najwyższy. Niech tak zostanie.
Wentylator tłoczy do środka coraz gorętsze powietrze. Jadę
na górę, słyszę po huku maszyn, który słychać coraz bliżej.
Potem zejdę schodami, zawsze to z górki. Tyle jest pięter
na których nigdy nie byłem. Na tym teraz też nigdy nie byłem.
Korytarz zawalony jest szafami i starymi biurkami. Wydaje
mi się zresztą, że podłoga jest wygięta pod ich ciężarem.
Na środku piętra jest najniżej. Jak zacznie padać deszcz,
to będzie znaczyło, że tamci na górze, na samej górze, sprzedali
już firmę i już w tym deszczu odlecą helikopterem z dachu.
Bo tam nie da się dojść po schodach ani dojechać windą. Piętra
top managementu, dostępne tylko przez dach, na którym lądują
helikoptery z daleka, zza horyzontu.
Dwóch osiłków przyniosło szafę i zaraz zaczęli palić.
- Panowie ale to jest wejście do windy, nie możecie tu stawiać
szafy!
Ale oni mówią, że wiedzą lepiej i takie właśnie dostali instrukcje
przez telefon, a nie poznali chłopa po głosie, więc może już
nowy, więc oni też zostali sprzedani, bo tak podobno miało
być i tak im ten stary głos przez telefon i megafon przyobiecał.
Schody zresztą też zastawili trzema biurkami "a ciężkie
były jak skurwysyn" z akcentem na syn "paaaaanie"
A teraz zapalą bo upał taki, że bez papierosa się nie da,
a oni w ogrodniczkach, swetrach i gumofilcach. Strój służbowy.
Powaga. Przynieśli linę, tą linę tu zawiążą i zejdą po niej,
żeby nie brudzić schodów, bo schody to sprząta inna firma,
ta co z niej sprzątaczki są, co też są sprzedane "paaaanie"
Jak tak raz chodzili to od razu faktura przyszła, żeby im
potrącić za ponowne sprzątanie klatki. Sami potem posprzątali,
i im się przypomniało jak w wojsku myli schody i jak dobrze,
że człowiek był w tym wojsku, wszystko się w życiu może przydać.
Po linie też schodzą bo w wojsku się nauczyli, albo w straży,
ale już nie pamiętają dokładnie bo życie płynie tak szybko,
ani się obejrzeć a tu... trzeba lecieć. Otwarcie okna zadziałało
jak włączenie grzejnika albo suszarki. Zwariować można od
tego gorąca.
- A czy linę mi zostawicie przy oknie?
Czemu nie? Mogą zostawić, potem się może przyda, jakby czegoś
zapomnieli i chcieli wrócić. Ale tylko przez godzinę bo potem
to muszą ją zabrać. W razie czego zejdę po linie. Wychylam
się przez otwarte okno. Już ich nie ma. Tak szybko zeszli,
a może spadli? Lina ciągle przywiązana. Nawet nie pamiętam
kiedy ją rozwinęli i czy mieli ją przy sobie. Mogłem powiedzieć,
żeby się jeszcze wstrzymali z tą szafą i szybko wrócić windą.
A teraz została mi tylko ta lina i przepaść na dole. Nie słychać
stąd nawet ruchu na ulicy. Z drugiej strony wszystkie pojazdy
chyba stoją z wyłączonymi silnikami.
Ja nie byłem w wojsku. Nigdy nie byłem w wojsku. Mam kategorię
E i nie mogę chodzić po linie. W straży też nie byłem. W dzieciństwie
patrzyłem na wielki pożar domu kobiety z dużą raną na nodze,
która potem umarła na serce. Wtedy jej syn piłkarz, bez koszuli
(trudno było więc stwierdzić w jakiej gra drużynie) wbiegł
w dym z siekierą, żeby odciąć jakieś przewody. Potem się ożenił
i wyjechał. Nie wiem dlaczego zacząłem tęsknić za tymi ludźmi,
których pewnie już nigdy nie zobaczę, choć nigdy nie byli
mi bliscy. Nigdzie nic o linach. Nie nauczyłem się chodzić
po linie i schodzić z pięter firmy. Już nawet nie wiem po
co ja tu przyjechałem. Ach tak po coś w reklamówce z logo.
Jak ją zobaczę to zaraz mi się przypomni co jest w środku
i ja właśnie po to tu jestem. Smutek na piętrze. Muszę stąd
wyjść. Wejście do windy zasłania jednak szafa, którą postawili.
Może mi się ją uda odsunąć? Tamtych było dwóch i nieźle się
zmachali. Może mi się uda powoli, choć nie byłem w wojsku
ani w straży pożarnej, to może przesuwania szaf tam nie uczono.
To daje mi szansę, mam kwalifikacje nie gorsze niż tamci,
mogę mieć. Szafa jednak ani drgnie tylko skrzypi. Ten narastający
upał wyciąga ze mnie całą energię. Będzie chyba coraz gorzej,
jeszcze to otwarte okno. Nie wiem czy jest sens teraz je zamykać
Zaparłem się z całej siły, aż pot z czoła zaczął wlewać mi
się do oczu. Powinien tu być teraz ktoś z reklam dezodorantów.
To beznadziejne. Z drugiej strony, może uda mi się otworzyć
szafę i wywalić z niej zawartość. W tym zamieszaniu nikt nie
zauważy. Najwyżej będzie na nich. Otwieram.
- Ja nie
chcę! Błagam tylko mnie nie wydaj, ja tu muszę poczekać na
lepsze czasy, w tym cała moja nadzieja. Podobno tak się komuś
udało. Powiedział mi to kolega w wielkim sekrecie, że jak
więcej osób się dowie to klapa, ale jak tylko jeden to zrobi
to może się udać, nie zauważą. Potem już jak przeniosą ją
znowu gdzie indziej, to wyjdę z szafy i zacznę pracować znowu,
jak człowiek, w garniturze. Mam go tu ze sobą. Jak człowiek
w garniturze przyniesie, dziękuję, do widzenia. Dostanę zadania,
znaczy przydzielą mi albo się sam upomnę i wkręcę się na nowo.
Mnie nie sprzedali, nikogo ode mnie nie sprzedali. Ale ja
prawie nikomu, no nikomu nie powiedziałem. Bo ten plan musi
wypalić, ale tak, żeby nie dużo osób, bo się zorientują. Nie
jesteś stąd, tak myślę, więc co ci zależy? Mnie ten pomysł
od razu do głowy przyszedł, ale tak nie do końca, bo ja na
studiach byłem chudy, a teraz też jestem, ale wtedy byłem
bardziej. I nazywali mnie wieszak, bo się podobno sztywno
kłaniałem, i tak - jak to się studia mogą przydać - przypomniałem
sobie, jak mi przyjaciel zaczął doradzać. Znaczy nie pedał,
znaczy ja nie jestem, ale to przyjaciel po prostu, z pracy,
jego zresztą sprzedali i nawet awansowali go, a jak nie to
go jeszcze awansują, bo on tak już ma, bo już tak niektórzy
mają. Ale ja mam przyjaciółkę nawet w firmie i ją to nie wiem
czy sprzedadzą bo jeszcze nie wróciła z pracy. To niby żona
na nią mówię, ale my tak bez ślubu, bo kto teraz by ślub...
A ona zostaje w pracy dłużej bo podobno to pomaga. Nie mogą
nas od razu obu nie sprzedać. Kogoś muszą sprzedać. Ona to
się nawet wypytywała o nowych i nowi podobno to budują jakieś
duże budynki, biurowce i hale fabryczne i u nich wszystkie
kobiety, co pracują, to normalnie muszą dawać szefom. Wiesz,
koleżanka jej opowiadała, że jak się przyjmowała na radcę
prawnego to najpierw, że papiery i rozmowa i normalnie wszystko
jak trzeba, a potem ten dyrektor, co siedział za stołem, to
jej normalnie, mówi, a teraz pod stół prosimy, a jak się nie
podoba to na zewnątrz ale bez pracy i niech sobie popatrzy
jaka tam jeszcze kolejka czeka ładniejszych od niej, bo tu
zarabia się bardzo dużo, tak dużo, że każdy dużo zrobi, żeby
dużo zarobić, no nie? I ja się już jej na to nawet zgodziłem
bo tak to sobie wytłumaczyliśmy, w sumie dobrze, że bez ślubu,
bo jakbyśmy byli małżeństwem to już jakoś gorzej, bo wyjdzie,
że zdrada. A jako, że oboje nowocześni, to jakoś tak nie potrzeba
i to jest tak, w sumie w czasie tak wychodzi, jakby go trochę
rozciągnąć albo skurczyć, że my się niby rozstajemy, a potem
się znów schodzimy, tak że w sumie jest w porządku względem
siebie. Studia to się mogą przydać naprawdę, choć trochę żałuję,
że przez nie w wojsku nie byłem, bo może mógłbym się teraz
bardziej postawić i tak przez to być bardziej twardy czasami.
Bo ten kolega, co awansuje i mi ten pomysł częściowo podsunął
to właśnie też w wojsku był. Krótko podobno, bo tylko pół
roku, ale nie żałuję.
Nie wiedziałem
czy mam powiedzieć coś o linie, ale w końcu nie powiedziałem
nic. Patrzyłem na wysokiego, chudego człowieka z zapadniętymi
policzkami. Zgarbionego w za małej dla niego szafie. Dłonie,
którymi przyciskał do piersi teczkę umazane były czarną farbą.
- Ja wiem,
że te ręce brudne ale musiałem na szafie podmalować numer
inwentaryzacyjny. Na wszelki wypadek, żeby jej nie wyrzucili
bo w tym stanie to przeznaczona byłaby do kasacji jako stary
mebel. A wszystko ma być nowe albo jak nowe, żadnych starych"
Rozejrzałem
się po piętrze - przecież tu są same stare meble. Szafy, zdezelowane
wielkie biurka i komody.
"Może
mi się pomyliło, może na zimne dmucham, bo lepiej na zimne
dmuchać, niż się potem obudzić z ręką w nocniku. Sorry, że
tak ci wszystko mówię, ale ja w tej szafie już trzeci dzień
i nie mam z kim. Cały czas musiałem być cicho bo ją gdzieś
przenosili jacyś ludzie. A ty i tak już wiesz, już znasz mój
sekret, ale może jesteś jakimś szpiclem, dla niepoznaki ubranym
w tą piżamę, powiedz szybko, czy cię sprzedali, co tu robisz?"
- Ja tu przyszedłem
po rzeczy. Zwolniłem się kilka dni temu bo umarł mi dziadek
i dostałem spadek. Przepraszam nie chciałem chcieć być zabawnym
w tej przykrej sytuacji. Rozchorowałem się na pogrzebie bo
padał mokry śnieg, a ja nie miałem rękawiczek bo zostawiłem
je w pociągu. Wpadły mi do muszli, jak sikałem i szarpnęło
wagonem. Jestem chory. Dlatego ta piżama. Szkoda, że flanelowa.
W tym upale... Nie wiem jak teraz wyjdę. Wszystkie wyjścia
pozastawiane szafami i biurkami, może gdybyś wyszedł na chwilę
z tej szafy. Pomógł mi ją odsunąć. Mógłbym zjechać windą,
tam gdzie pracowałem i wziąć reklamówkę z rzeczami.
- Nie...
przecież ktoś może mnie zobaczyć. To misterny plan, mam na
niego pomysł już od dawna, a to może wszystko zepsuć. Nie
daj Boże ktoś nas teraz zobaczy. Ktoś ciebie zobaczy i będzie
myślał, i będzie ciekawy dlaczego rozmawiasz z szafą... Z
kim rozmawiasz w szafie?
Wyjął szybko
nóż z teczki i przyłożył mi do szyi.
- Ten nóż
tnie nawet gwoździe i śruby i nie stępi się nigdy w życiu,
przeżyje każdego człowieka i człowiek umrze, a nóż dalej będzie
ostry! Wiem co mówię, bo w technikum miałem staż w fabryce
tych noży.
- Spokojnie,
tu nikogo nie ma, nikogo i nikt nie przyjdzie bo wszystko
jest pozastawiane szafami.
- O rany...
przepraszam, poniosło mnie. Ja już zresztą wariuję od tego
upału i czekania. Nie wiem jak to robię, że nie załatwiam
się nawet. Podobno z nerwów tak można długo, ale potem się
choruje. Ale ja jak wyjdę z szafy i zacznę pracować to szybko
najpierw pójdę do łazienki. W teczce mam nowe ubranie, nawet
bieliznę i nikt nie zauważy i wejdę, jakby nigdy nic i się
wmieszam w tłum i od razu coś przyniosę, albo napiszę ważny
dokument i nikt się nie zorientuje. Tylko nikomu nie mów.
Bo jak się okaże, że się wygadałeś i będą inni, którzy się
dowiedzą i będą chcieli wpaść na ten sam pomysł, to wszystko
weźmie w łeb. Ja o tym zresztą, tak naprawdę, powiedziałem
tylko kilku zaufanym przyjaciołom. Z pracy. Ale oni mówili,
że im powiedzieli, że zostali sprzedani, więc po co mieliby
to robić, prawda? W razie czego, to wiesz, moja kobieta, jak
już będzie mieć układy u nowych, to Ci się to nie opłaci...
Lepiej już idź, cały czas mnie kusi, żeby cię zabić i już
się nie bać, że ty powiesz, że się wygadasz, że jesteś szpiegiem
i że przez ciebie, przez to że ci powiedziałem szlag trafi
mój plan i wtedy koniec, koniec! Ale jestem rozsądny, dobry,
w porządku. Na studiach się taki stałem, Mieliśmy filozofię...
zresztą co ja bym zrobił z ciałem? Smród trupa w jednej szafie
ze mną w upał, to kłopotliwe. Może z drugiej strony przez
okno, ale to może mnie zdemaskować. Ktoś zauważy, że ktoś
tu jest, że ja tu jestem! Musisz zniknąć, tak jak się tu pojawiłeś,
natychmiast. Od razu. I opuścić firmę. Wtedy nic ci nie grozi.
Może zostaniemy przyjaciółmi, jak znowu będę miał pieniądze.
Robię dobrą kiełbasę na grillu. Trzeba ją dobrze naciąć ostrym
nożem. Byłem kiedyś w harcerstwie, nauczyłem się na obozie,
tylko wtedy mieliśmy tępe noże, finki, ale to były inne czasy.
Zamknij szafę... Liczę do dziesięciu i ma cię tu nie być.
Inaczej cię zabiję, zabiję jak psa i wyrzucę przez okno. Na
zewnątrz.
W tym momencie
dobiegło do mnie chrapanie. Nie takie regularne jak z głębokiego
snu, ale taki jeden odgłos trwający może trochę więcej niż
sekundę. Tak kiedy czasem ktoś chrapie i chrapie coraz bardziej,
aż nagle się zatnie i potem robi się tak cicho, że przez chwilę
z ulgą słyszysz jego oddech i w tej uldze jest trochę, odrobinę,
zadowolenia z tego, że chrapiący nie umarł, ani się nie udusił.
Tyle że potem zaczyna znów chrapać. Obaj czekamy na ten moment.
Ale nie. A może to nie było chrapanie? Może ktoś przesunął
jakiś mebel? Wydawało mi się, że na pewno chrapanie ale teraz
to już nie wiem, no nie wiem. Straciłem pewność w oczywistych
sprawach, odkąd, pod wpływem literatury ezoterycznej, zacząłem
zastanawiać się nad potęgą umysłu, przestałem tak bardzo wierzyć
w oczywiste rzeczy, że już nie wiem co to było. Wytężając
słuch zdałem sobie sprawę, że od jakiegoś czasu boli mnie
głowa. Wieszak też czeka. Może wykorzystać te ostatnie chwile
bezruchu, jakiś krótki moment, kiedy będzie chciał otrzeć
pot z czoła i prysnąć gdzieś? Ale gdzie? Poza tym po co ja
chcę czekać na taki moment, przecież teraz nie przykłada mi
niczego nigdzie. Mam!
- Zobaczę co
się dzieje OK? Może ktoś się tu zakradł, nie masz może drugiego
noża? Może to jakiś czyściciel wynajęty przez nowych. Przeprowadza
deratyzację pomieszczeń, a przy okazji pozbędzie się niewygodnych
ludzi. Skoro gdzieś tam podobno tak robią, to czemu nie tu?
Kiedyś jechałem pociągiem z ochroniarzami i oni to opowiadali
takie rzeczy o ściąganiu długów z firm, że strach było słuchać,
choć może mi się to śniło, bo przecież ochroniarze jeżdżą
czarnymi samochodami. Widział kto kiedy ochroniarza w normalnym
pociągu?
- Nie...
Ale idź i sprawdź... i nie wracaj... Ja tu zostanę... albo
powiedz mi czy tam ktoś jest, albo powiedz, mu, że wszystko
w porządku, i że właśnie sprawdzałeś czy w meblach się nie
ukrywają ludzie, bo po to cię tu wysłali i sprawdziłeś wszystko
i wszystko jest puste. Żadnych ludzi. Przynajmniej się jakoś
przydasz.... A ja tu tymczasem ćśśśśś....
Chyba nie mam
wyjścia. Ten gość, na razie, niechcący puścił mnie wolno.
Pewnie będzie się bał wyjść z szafy, ale lepiej tam już nie
wchodzić, więc tę drogę mam odciętą. Może spróbuję z liną?
Może teraz będzie inaczej? Lina ciągle wisi, ale zwisa z okna
tylko na jakieś trzy metry... Potem się urywa. Może to mieli
na myśli mówiąc, że ją zabiorą, a może urwała się od razu
jak schodzili, dlatego poszło im tak szybko, a ja pewnie musiałem
nie zauważyć, że lina kończy się od razu bo za bardzo zapatrzyłem
się na ulicę. A więc tak ich załatwili? Chociaż może nie powinienem
wpadać w paranoję, chyba widziałem linę niknącą gdzieś w dole,
więc może ją urwali, a może potem użyć jej chciał ktoś ciężki.
I wtedy się przerwała i może to był ten dźwięk, który słyszeliśmy?
Kiedy ja gadałem z tym gościem w szafie i on przykładał mi
do gardła ten swój złoty nóż, ktoś za naszymi plecami szybko
się stąd wymknął. To by się składało w logiczną całość. Tak,
zdrowy rozsądek mnie nie zawiedzie. Na tym trzeba polegać.
Może wystarczy nie panikować i czekać. Nic mi przecież nie
grozi. Nawet chyba nie śmierć głodowa, przecież firma musi
działać, musi zacząć przynosić na nowo zyski i ludzie w garniturach
muszą chodzić z papierami po korytarzach, tak jak chodzą zawsze
na filmach i tu też tak zaczęli odkąd ktoś w jakimś poradniku
wyczytał, że jak się chodzi z papierami to wygląda na to,
że pracujesz i idziesz gdzieś w ważnej sprawie. Na początku
tylko kilku wtajemniczonych... Potem się rozeszło i zaczęli
chodzić wszyscy, no i teraz przecież muszą znowu zacząć. Przecież
nowi nie chcą kupić magazynu starych mebli na uginających
się podłogach. Ktoś przyjdzie, zabierze, a mnie i tak wyproszą
bo już tu nie pracuję. Chociaż z drugiej strony, trzeba ludziom
wierzyć, ale nie zawsze, bo przecież te sprzątaczki na parterze
i ci goście z liną, i teraz ten mój narastający ból głowy.
A może to było tak? A może mnie też potraktują jak jakiegoś
cwaniaka, co się chce przedostać do nowej pracy i zabiją sposobem,
nie pytając co i jak? Przecież wystarczy, że ktoś się dowiedział
o planie wieszaka i część ludzi pochowała się w szafach. A
kolesie z liną, rozrzucili tu jakiś gaz albo trutkę. Ten gość
w szafie nie wyglądał normalnie, bredził coś o kiełbasie i
o tym, że nie sika przez trzy dni. To niby nic, ale może objaw
tego, że zaczęli go podtruwać (ciekawe czy też boli go głowa?).
A schody i windy zakryli, żeby nie dało się uciec. I lina
też tak specjalnie. Ktoś może wpadł w pułapkę i spadł? Oni
mogli być w zmowie, co takim zależy? Nie mają wyższych potrzeb,
dostali instrukcje, nie zadają pytań. Może teraz siedzą gdzieś
na dole, piją w upale ciepławe piwsko i oglądają świeżą krwawą
miazgę na roztapiającym się asfalcie. "Ale pierdolnął!"
- powie jeden do drugiego i przetrze rękawem otwór butelki.
Obaj zarechoczą. Potem dopiją i zaczną to spokojnie zdrapywać
łopatami i ładować na ubrudzone wapnem taczki. Moment! Znowu
chrapanie. Teraz to na pewno jest chrapanie! Dochodzi z tej
nadłamanej rogówki na drugim końcu korytarza. Wtedy nie usłyszałem
skąd. Swoją drogą skąd w firmie wzięli starą rogówkę? No tak,
nie byłem na wielu piętrach... I te rzeczy co tamten opowiadał.
Chrapnięcie znowu było pojedyncze. Muszę sprawdzić kto tam
jest, nawet jak będzie taki jak tamten, muszę to zrobić zanim
znowu nie zacznie mi się wydawać, że było to co innego, a
już zaczyna. Odwracam się - mam nóż przyłożony do brzucha.
- Musisz
wyskoczyć kolego. Przepraszam, za moją żonę, trochę utyła
i to chrapanie... Choć w sumie, tak jak ci mówiłem, nie do
końca jest żona, ale to już teraz nie ma żadnego znaczenia,
bo to jest jedyny otwór, w tym pomieszczeniu i przynajmniej
nie będę miał cię na sumieniu bo przecież sam wyskoczysz.
To niby nie jest tak, ale przecież ja sobie to jestem w stanie,
po rozmowie z samym sobą, wytłumaczyć. Firma zainwestowała
we mnie, w szkolenia asertywności, wiedziałem, że się kiedyś
przydadzą, najważniejsze to się zresztą nie obwiniać, bo poczucie
winy może pogorszyć stan zdrowia, a ja przez to siedzenie
tutaj, czuję się i tak jakbym miał jutro umrzeć. Ci goście
co nosili te meble... zasłyszałem, że mieli tu coś rozsypać,
że niby dla dezynfekcji, ale im zabroniono długo przebywać...
Zresztą mniejsza o to, jestem przekonany, że to jedyne wyjście.
Głupi dwuznacznik - nie chciałem - zawsze mi zresztą brakowało
dowcipu. Może dlatego nie awansuję. Dowcip jest ważny w karierze.
Podobno kiedy
ludzie spadają z wysoka, albo wiedzą, że zginą to widzą całe
swoje życie przed oczami, a ja nic nie widzę. Czy to co opowiadają
o życiu po życiu też okaże się nieprawdziwe?
Przypomniało mi się tylko, że kiedyś ksiądz na religii, mówił
o śmierci w stanie łaski, i że jak człowiek nie zdąży się
wyspowiadać bo umiera nagle to może zawsze powiedzieć, "Boże
wybacz mi" i to wyjdzie na to samo. A może zdarzy się
jakiś cud? Jeśli nie, Boże wybacz mi, a wy panowie na dole,
jeśli żyjecie, poczekajcie jeszcze z tą taczką.
|