[mhkm] > księga > autorskie > MONTAGBOOK > TRANSPORT
> Sprzedaż wielkiej firmy 
  yahoo - forum dyskusyjne - menel
 
  Michał "Montag" Prochownik

Sprzedaż wielkiej firmy

    
 

Wydawało mi się, że przyjechałem wielką ciężarówką, taką jak na filmach, z napisem firmy logistycznej. Ogromne pudło na ciągniku siodłowym w palącym słońcu, na rozgrzanym asfalcie, obok stacji benzynowej. Nie wiem jak mogłem wytrzymać w środku w tym upale, leżąc na blaszanej podłodze w piżamie. Portier chował się za kontuarem podając mi niepewnie klucz, nawet nie próbował zagadywać. Wszędzie za to wysprzątane jak nigdy dotąd. Na czystych podłogach leżą pijane sprzątaczki w odprasowanych chałatach. Nie ruszają się. Podobno zostają. Zostały przejęte razem z całym inwentarzem i meblami. Niektóre chyba nie oddychają, może przesadziły, choć podobno ktoś im coś gdzieś dosypał. W taki upał sprzedają wielką firmę, bez klimy, w zaduchu pomieszczeń, gdzie odchodzą płytki PCV i więdną kwiaty powieszone na ścianach, w których zapuściły korzenie, przebijając plakatowe kalendarze sprzed kilku lat, powieszone pod kwiatkami na podkładkę, żeby w razie zacieków nie było trzeba malować. Ale ten upał to podobno specjalnie wybrany, znaczy pora upalna i awaria stacji benzynowej. Brak paliwa. Ta ciężarówka stanęła tak bez sensu. Już nie pamiętam czy zabrakło benzyny, czy to przez ten autobus bez tapicerki w środku, co stał przed nami pusty. Może zablokował dojazd? Przepychałem się pod prąd tłumu ludzi z wielkimi torbami pełnymi plastikowych długopisów z logo firmy, zresztą torby też z logo, takie wymięte i wrzynające przy uchwytach. Zbyt duże obciążenie. Wyobraziłem sobie ciasne gorące mieszkania, gdzie ludzie Ci będą trzymali dłonie w garnkach z zimną wodą, patrząc niemo przez okna na zakorkowaną ulicę i na wysoki biurowiec firmy, gdzie na ostatnim piętrze zawsze pali się światło. Tam nas wszystkich sprzedadzą, tych których sprzedać się da. Na drodze były ulotki z obietnicą sprzedaży, choć to nazywało się promesa czy jakoś tak. "Sprzedamy wszystkich!"
Mnie to jednak nie dotyczy, przecież przyszedłem tu po co innego, coś czego zapomniałem i chciałem zabrać do domu. Było w reklamówce. Przez ten upał i uporczywe pocieranie językiem o podniebienie, żeby pozbyć się piasku. Wydaje mi się, że mam piasek w gardle. Mało nie zwymiotowałem w windzie próbując przed lustrem usunąć go palcem z tylnej części języka. Gorsza sprawa z guzikami. Nie ma mojego piętra. Ktoś zmazał piętra z guzików, na dodatek poprzestawiał coś, bo naciśnięcie jednego powoduje, że podświetla się inny, a jak naciśnie się kolejny to tamten gaśnie, a zapala się znowu inny. Mało im było skomplikowanego systemu wind z przesiadkami, jeszcze musieli coś popieprzyć z guzikami. Udało mi się zapalić najwyższy. Niech tak zostanie. Wentylator tłoczy do środka coraz gorętsze powietrze. Jadę na górę, słyszę po huku maszyn, który słychać coraz bliżej. Potem zejdę schodami, zawsze to z górki. Tyle jest pięter na których nigdy nie byłem. Na tym teraz też nigdy nie byłem. Korytarz zawalony jest szafami i starymi biurkami. Wydaje mi się zresztą, że podłoga jest wygięta pod ich ciężarem. Na środku piętra jest najniżej. Jak zacznie padać deszcz, to będzie znaczyło, że tamci na górze, na samej górze, sprzedali już firmę i już w tym deszczu odlecą helikopterem z dachu. Bo tam nie da się dojść po schodach ani dojechać windą. Piętra top managementu, dostępne tylko przez dach, na którym lądują helikoptery z daleka, zza horyzontu.
Dwóch osiłków przyniosło szafę i zaraz zaczęli palić.
- Panowie ale to jest wejście do windy, nie możecie tu stawiać szafy!
Ale oni mówią, że wiedzą lepiej i takie właśnie dostali instrukcje przez telefon, a nie poznali chłopa po głosie, więc może już nowy, więc oni też zostali sprzedani, bo tak podobno miało być i tak im ten stary głos przez telefon i megafon przyobiecał. Schody zresztą też zastawili trzema biurkami "a ciężkie były jak skurwysyn" z akcentem na syn "paaaaanie" A teraz zapalą bo upał taki, że bez papierosa się nie da, a oni w ogrodniczkach, swetrach i gumofilcach. Strój służbowy. Powaga. Przynieśli linę, tą linę tu zawiążą i zejdą po niej, żeby nie brudzić schodów, bo schody to sprząta inna firma, ta co z niej sprzątaczki są, co też są sprzedane "paaaanie" Jak tak raz chodzili to od razu faktura przyszła, żeby im potrącić za ponowne sprzątanie klatki. Sami potem posprzątali, i im się przypomniało jak w wojsku myli schody i jak dobrze, że człowiek był w tym wojsku, wszystko się w życiu może przydać. Po linie też schodzą bo w wojsku się nauczyli, albo w straży, ale już nie pamiętają dokładnie bo życie płynie tak szybko, ani się obejrzeć a tu... trzeba lecieć. Otwarcie okna zadziałało jak włączenie grzejnika albo suszarki. Zwariować można od tego gorąca.
- A czy linę mi zostawicie przy oknie?
Czemu nie? Mogą zostawić, potem się może przyda, jakby czegoś zapomnieli i chcieli wrócić. Ale tylko przez godzinę bo potem to muszą ją zabrać. W razie czego zejdę po linie. Wychylam się przez otwarte okno. Już ich nie ma. Tak szybko zeszli, a może spadli? Lina ciągle przywiązana. Nawet nie pamiętam kiedy ją rozwinęli i czy mieli ją przy sobie. Mogłem powiedzieć, żeby się jeszcze wstrzymali z tą szafą i szybko wrócić windą. A teraz została mi tylko ta lina i przepaść na dole. Nie słychać stąd nawet ruchu na ulicy. Z drugiej strony wszystkie pojazdy chyba stoją z wyłączonymi silnikami.
Ja nie byłem w wojsku. Nigdy nie byłem w wojsku. Mam kategorię E i nie mogę chodzić po linie. W straży też nie byłem. W dzieciństwie patrzyłem na wielki pożar domu kobiety z dużą raną na nodze, która potem umarła na serce. Wtedy jej syn piłkarz, bez koszuli (trudno było więc stwierdzić w jakiej gra drużynie) wbiegł w dym z siekierą, żeby odciąć jakieś przewody. Potem się ożenił i wyjechał. Nie wiem dlaczego zacząłem tęsknić za tymi ludźmi, których pewnie już nigdy nie zobaczę, choć nigdy nie byli mi bliscy. Nigdzie nic o linach. Nie nauczyłem się chodzić po linie i schodzić z pięter firmy. Już nawet nie wiem po co ja tu przyjechałem. Ach tak po coś w reklamówce z logo. Jak ją zobaczę to zaraz mi się przypomni co jest w środku i ja właśnie po to tu jestem. Smutek na piętrze. Muszę stąd wyjść. Wejście do windy zasłania jednak szafa, którą postawili. Może mi się ją uda odsunąć? Tamtych było dwóch i nieźle się zmachali. Może mi się uda powoli, choć nie byłem w wojsku ani w straży pożarnej, to może przesuwania szaf tam nie uczono. To daje mi szansę, mam kwalifikacje nie gorsze niż tamci, mogę mieć. Szafa jednak ani drgnie tylko skrzypi. Ten narastający upał wyciąga ze mnie całą energię. Będzie chyba coraz gorzej, jeszcze to otwarte okno. Nie wiem czy jest sens teraz je zamykać
Zaparłem się z całej siły, aż pot z czoła zaczął wlewać mi się do oczu. Powinien tu być teraz ktoś z reklam dezodorantów. To beznadziejne. Z drugiej strony, może uda mi się otworzyć szafę i wywalić z niej zawartość. W tym zamieszaniu nikt nie zauważy. Najwyżej będzie na nich. Otwieram.

- Ja nie chcę! Błagam tylko mnie nie wydaj, ja tu muszę poczekać na lepsze czasy, w tym cała moja nadzieja. Podobno tak się komuś udało. Powiedział mi to kolega w wielkim sekrecie, że jak więcej osób się dowie to klapa, ale jak tylko jeden to zrobi to może się udać, nie zauważą. Potem już jak przeniosą ją znowu gdzie indziej, to wyjdę z szafy i zacznę pracować znowu, jak człowiek, w garniturze. Mam go tu ze sobą. Jak człowiek w garniturze przyniesie, dziękuję, do widzenia. Dostanę zadania, znaczy przydzielą mi albo się sam upomnę i wkręcę się na nowo. Mnie nie sprzedali, nikogo ode mnie nie sprzedali. Ale ja prawie nikomu, no nikomu nie powiedziałem. Bo ten plan musi wypalić, ale tak, żeby nie dużo osób, bo się zorientują. Nie jesteś stąd, tak myślę, więc co ci zależy? Mnie ten pomysł od razu do głowy przyszedł, ale tak nie do końca, bo ja na studiach byłem chudy, a teraz też jestem, ale wtedy byłem bardziej. I nazywali mnie wieszak, bo się podobno sztywno kłaniałem, i tak - jak to się studia mogą przydać - przypomniałem sobie, jak mi przyjaciel zaczął doradzać. Znaczy nie pedał, znaczy ja nie jestem, ale to przyjaciel po prostu, z pracy, jego zresztą sprzedali i nawet awansowali go, a jak nie to go jeszcze awansują, bo on tak już ma, bo już tak niektórzy mają. Ale ja mam przyjaciółkę nawet w firmie i ją to nie wiem czy sprzedadzą bo jeszcze nie wróciła z pracy. To niby żona na nią mówię, ale my tak bez ślubu, bo kto teraz by ślub... A ona zostaje w pracy dłużej bo podobno to pomaga. Nie mogą nas od razu obu nie sprzedać. Kogoś muszą sprzedać. Ona to się nawet wypytywała o nowych i nowi podobno to budują jakieś duże budynki, biurowce i hale fabryczne i u nich wszystkie kobiety, co pracują, to normalnie muszą dawać szefom. Wiesz, koleżanka jej opowiadała, że jak się przyjmowała na radcę prawnego to najpierw, że papiery i rozmowa i normalnie wszystko jak trzeba, a potem ten dyrektor, co siedział za stołem, to jej normalnie, mówi, a teraz pod stół prosimy, a jak się nie podoba to na zewnątrz ale bez pracy i niech sobie popatrzy jaka tam jeszcze kolejka czeka ładniejszych od niej, bo tu zarabia się bardzo dużo, tak dużo, że każdy dużo zrobi, żeby dużo zarobić, no nie? I ja się już jej na to nawet zgodziłem bo tak to sobie wytłumaczyliśmy, w sumie dobrze, że bez ślubu, bo jakbyśmy byli małżeństwem to już jakoś gorzej, bo wyjdzie, że zdrada. A jako, że oboje nowocześni, to jakoś tak nie potrzeba i to jest tak, w sumie w czasie tak wychodzi, jakby go trochę rozciągnąć albo skurczyć, że my się niby rozstajemy, a potem się znów schodzimy, tak że w sumie jest w porządku względem siebie. Studia to się mogą przydać naprawdę, choć trochę żałuję, że przez nie w wojsku nie byłem, bo może mógłbym się teraz bardziej postawić i tak przez to być bardziej twardy czasami. Bo ten kolega, co awansuje i mi ten pomysł częściowo podsunął to właśnie też w wojsku był. Krótko podobno, bo tylko pół roku, ale nie żałuję.

Nie wiedziałem czy mam powiedzieć coś o linie, ale w końcu nie powiedziałem nic. Patrzyłem na wysokiego, chudego człowieka z zapadniętymi policzkami. Zgarbionego w za małej dla niego szafie. Dłonie, którymi przyciskał do piersi teczkę umazane były czarną farbą.

- Ja wiem, że te ręce brudne ale musiałem na szafie podmalować numer inwentaryzacyjny. Na wszelki wypadek, żeby jej nie wyrzucili bo w tym stanie to przeznaczona byłaby do kasacji jako stary mebel. A wszystko ma być nowe albo jak nowe, żadnych starych"

Rozejrzałem się po piętrze - przecież tu są same stare meble. Szafy, zdezelowane wielkie biurka i komody.

"Może mi się pomyliło, może na zimne dmucham, bo lepiej na zimne dmuchać, niż się potem obudzić z ręką w nocniku. Sorry, że tak ci wszystko mówię, ale ja w tej szafie już trzeci dzień i nie mam z kim. Cały czas musiałem być cicho bo ją gdzieś przenosili jacyś ludzie. A ty i tak już wiesz, już znasz mój sekret, ale może jesteś jakimś szpiclem, dla niepoznaki ubranym w tą piżamę, powiedz szybko, czy cię sprzedali, co tu robisz?"

- Ja tu przyszedłem po rzeczy. Zwolniłem się kilka dni temu bo umarł mi dziadek i dostałem spadek. Przepraszam nie chciałem chcieć być zabawnym w tej przykrej sytuacji. Rozchorowałem się na pogrzebie bo padał mokry śnieg, a ja nie miałem rękawiczek bo zostawiłem je w pociągu. Wpadły mi do muszli, jak sikałem i szarpnęło wagonem. Jestem chory. Dlatego ta piżama. Szkoda, że flanelowa. W tym upale... Nie wiem jak teraz wyjdę. Wszystkie wyjścia pozastawiane szafami i biurkami, może gdybyś wyszedł na chwilę z tej szafy. Pomógł mi ją odsunąć. Mógłbym zjechać windą, tam gdzie pracowałem i wziąć reklamówkę z rzeczami.

- Nie... przecież ktoś może mnie zobaczyć. To misterny plan, mam na niego pomysł już od dawna, a to może wszystko zepsuć. Nie daj Boże ktoś nas teraz zobaczy. Ktoś ciebie zobaczy i będzie myślał, i będzie ciekawy dlaczego rozmawiasz z szafą... Z kim rozmawiasz w szafie?

Wyjął szybko nóż z teczki i przyłożył mi do szyi.

- Ten nóż tnie nawet gwoździe i śruby i nie stępi się nigdy w życiu, przeżyje każdego człowieka i człowiek umrze, a nóż dalej będzie ostry! Wiem co mówię, bo w technikum miałem staż w fabryce tych noży.

- Spokojnie, tu nikogo nie ma, nikogo i nikt nie przyjdzie bo wszystko jest pozastawiane szafami.

- O rany... przepraszam, poniosło mnie. Ja już zresztą wariuję od tego upału i czekania. Nie wiem jak to robię, że nie załatwiam się nawet. Podobno z nerwów tak można długo, ale potem się choruje. Ale ja jak wyjdę z szafy i zacznę pracować to szybko najpierw pójdę do łazienki. W teczce mam nowe ubranie, nawet bieliznę i nikt nie zauważy i wejdę, jakby nigdy nic i się wmieszam w tłum i od razu coś przyniosę, albo napiszę ważny dokument i nikt się nie zorientuje. Tylko nikomu nie mów. Bo jak się okaże, że się wygadałeś i będą inni, którzy się dowiedzą i będą chcieli wpaść na ten sam pomysł, to wszystko weźmie w łeb. Ja o tym zresztą, tak naprawdę, powiedziałem tylko kilku zaufanym przyjaciołom. Z pracy. Ale oni mówili, że im powiedzieli, że zostali sprzedani, więc po co mieliby to robić, prawda? W razie czego, to wiesz, moja kobieta, jak już będzie mieć układy u nowych, to Ci się to nie opłaci... Lepiej już idź, cały czas mnie kusi, żeby cię zabić i już się nie bać, że ty powiesz, że się wygadasz, że jesteś szpiegiem i że przez ciebie, przez to że ci powiedziałem szlag trafi mój plan i wtedy koniec, koniec! Ale jestem rozsądny, dobry, w porządku. Na studiach się taki stałem, Mieliśmy filozofię... zresztą co ja bym zrobił z ciałem? Smród trupa w jednej szafie ze mną w upał, to kłopotliwe. Może z drugiej strony przez okno, ale to może mnie zdemaskować. Ktoś zauważy, że ktoś tu jest, że ja tu jestem! Musisz zniknąć, tak jak się tu pojawiłeś, natychmiast. Od razu. I opuścić firmę. Wtedy nic ci nie grozi. Może zostaniemy przyjaciółmi, jak znowu będę miał pieniądze. Robię dobrą kiełbasę na grillu. Trzeba ją dobrze naciąć ostrym nożem. Byłem kiedyś w harcerstwie, nauczyłem się na obozie, tylko wtedy mieliśmy tępe noże, finki, ale to były inne czasy. Zamknij szafę... Liczę do dziesięciu i ma cię tu nie być. Inaczej cię zabiję, zabiję jak psa i wyrzucę przez okno. Na zewnątrz.

W tym momencie dobiegło do mnie chrapanie. Nie takie regularne jak z głębokiego snu, ale taki jeden odgłos trwający może trochę więcej niż sekundę. Tak kiedy czasem ktoś chrapie i chrapie coraz bardziej, aż nagle się zatnie i potem robi się tak cicho, że przez chwilę z ulgą słyszysz jego oddech i w tej uldze jest trochę, odrobinę, zadowolenia z tego, że chrapiący nie umarł, ani się nie udusił. Tyle że potem zaczyna znów chrapać. Obaj czekamy na ten moment. Ale nie. A może to nie było chrapanie? Może ktoś przesunął jakiś mebel? Wydawało mi się, że na pewno chrapanie ale teraz to już nie wiem, no nie wiem. Straciłem pewność w oczywistych sprawach, odkąd, pod wpływem literatury ezoterycznej, zacząłem zastanawiać się nad potęgą umysłu, przestałem tak bardzo wierzyć w oczywiste rzeczy, że już nie wiem co to było. Wytężając słuch zdałem sobie sprawę, że od jakiegoś czasu boli mnie głowa. Wieszak też czeka. Może wykorzystać te ostatnie chwile bezruchu, jakiś krótki moment, kiedy będzie chciał otrzeć pot z czoła i prysnąć gdzieś? Ale gdzie? Poza tym po co ja chcę czekać na taki moment, przecież teraz nie przykłada mi niczego nigdzie. Mam!

- Zobaczę co się dzieje OK? Może ktoś się tu zakradł, nie masz może drugiego noża? Może to jakiś czyściciel wynajęty przez nowych. Przeprowadza deratyzację pomieszczeń, a przy okazji pozbędzie się niewygodnych ludzi. Skoro gdzieś tam podobno tak robią, to czemu nie tu? Kiedyś jechałem pociągiem z ochroniarzami i oni to opowiadali takie rzeczy o ściąganiu długów z firm, że strach było słuchać, choć może mi się to śniło, bo przecież ochroniarze jeżdżą czarnymi samochodami. Widział kto kiedy ochroniarza w normalnym pociągu?

- Nie... Ale idź i sprawdź... i nie wracaj... Ja tu zostanę... albo powiedz mi czy tam ktoś jest, albo powiedz, mu, że wszystko w porządku, i że właśnie sprawdzałeś czy w meblach się nie ukrywają ludzie, bo po to cię tu wysłali i sprawdziłeś wszystko i wszystko jest puste. Żadnych ludzi. Przynajmniej się jakoś przydasz.... A ja tu tymczasem ćśśśśś....

Chyba nie mam wyjścia. Ten gość, na razie, niechcący puścił mnie wolno. Pewnie będzie się bał wyjść z szafy, ale lepiej tam już nie wchodzić, więc tę drogę mam odciętą. Może spróbuję z liną? Może teraz będzie inaczej? Lina ciągle wisi, ale zwisa z okna tylko na jakieś trzy metry... Potem się urywa. Może to mieli na myśli mówiąc, że ją zabiorą, a może urwała się od razu jak schodzili, dlatego poszło im tak szybko, a ja pewnie musiałem nie zauważyć, że lina kończy się od razu bo za bardzo zapatrzyłem się na ulicę. A więc tak ich załatwili? Chociaż może nie powinienem wpadać w paranoję, chyba widziałem linę niknącą gdzieś w dole, więc może ją urwali, a może potem użyć jej chciał ktoś ciężki. I wtedy się przerwała i może to był ten dźwięk, który słyszeliśmy? Kiedy ja gadałem z tym gościem w szafie i on przykładał mi do gardła ten swój złoty nóż, ktoś za naszymi plecami szybko się stąd wymknął. To by się składało w logiczną całość. Tak, zdrowy rozsądek mnie nie zawiedzie. Na tym trzeba polegać. Może wystarczy nie panikować i czekać. Nic mi przecież nie grozi. Nawet chyba nie śmierć głodowa, przecież firma musi działać, musi zacząć przynosić na nowo zyski i ludzie w garniturach muszą chodzić z papierami po korytarzach, tak jak chodzą zawsze na filmach i tu też tak zaczęli odkąd ktoś w jakimś poradniku wyczytał, że jak się chodzi z papierami to wygląda na to, że pracujesz i idziesz gdzieś w ważnej sprawie. Na początku tylko kilku wtajemniczonych... Potem się rozeszło i zaczęli chodzić wszyscy, no i teraz przecież muszą znowu zacząć. Przecież nowi nie chcą kupić magazynu starych mebli na uginających się podłogach. Ktoś przyjdzie, zabierze, a mnie i tak wyproszą bo już tu nie pracuję. Chociaż z drugiej strony, trzeba ludziom wierzyć, ale nie zawsze, bo przecież te sprzątaczki na parterze i ci goście z liną, i teraz ten mój narastający ból głowy. A może to było tak? A może mnie też potraktują jak jakiegoś cwaniaka, co się chce przedostać do nowej pracy i zabiją sposobem, nie pytając co i jak? Przecież wystarczy, że ktoś się dowiedział o planie wieszaka i część ludzi pochowała się w szafach. A kolesie z liną, rozrzucili tu jakiś gaz albo trutkę. Ten gość w szafie nie wyglądał normalnie, bredził coś o kiełbasie i o tym, że nie sika przez trzy dni. To niby nic, ale może objaw tego, że zaczęli go podtruwać (ciekawe czy też boli go głowa?). A schody i windy zakryli, żeby nie dało się uciec. I lina też tak specjalnie. Ktoś może wpadł w pułapkę i spadł? Oni mogli być w zmowie, co takim zależy? Nie mają wyższych potrzeb, dostali instrukcje, nie zadają pytań. Może teraz siedzą gdzieś na dole, piją w upale ciepławe piwsko i oglądają świeżą krwawą miazgę na roztapiającym się asfalcie. "Ale pierdolnął!" - powie jeden do drugiego i przetrze rękawem otwór butelki. Obaj zarechoczą. Potem dopiją i zaczną to spokojnie zdrapywać łopatami i ładować na ubrudzone wapnem taczki. Moment! Znowu chrapanie. Teraz to na pewno jest chrapanie! Dochodzi z tej nadłamanej rogówki na drugim końcu korytarza. Wtedy nie usłyszałem skąd. Swoją drogą skąd w firmie wzięli starą rogówkę? No tak, nie byłem na wielu piętrach... I te rzeczy co tamten opowiadał. Chrapnięcie znowu było pojedyncze. Muszę sprawdzić kto tam jest, nawet jak będzie taki jak tamten, muszę to zrobić zanim znowu nie zacznie mi się wydawać, że było to co innego, a już zaczyna. Odwracam się - mam nóż przyłożony do brzucha.

- Musisz wyskoczyć kolego. Przepraszam, za moją żonę, trochę utyła i to chrapanie... Choć w sumie, tak jak ci mówiłem, nie do końca jest żona, ale to już teraz nie ma żadnego znaczenia, bo to jest jedyny otwór, w tym pomieszczeniu i przynajmniej nie będę miał cię na sumieniu bo przecież sam wyskoczysz. To niby nie jest tak, ale przecież ja sobie to jestem w stanie, po rozmowie z samym sobą, wytłumaczyć. Firma zainwestowała we mnie, w szkolenia asertywności, wiedziałem, że się kiedyś przydadzą, najważniejsze to się zresztą nie obwiniać, bo poczucie winy może pogorszyć stan zdrowia, a ja przez to siedzenie tutaj, czuję się i tak jakbym miał jutro umrzeć. Ci goście co nosili te meble... zasłyszałem, że mieli tu coś rozsypać, że niby dla dezynfekcji, ale im zabroniono długo przebywać... Zresztą mniejsza o to, jestem przekonany, że to jedyne wyjście. Głupi dwuznacznik - nie chciałem - zawsze mi zresztą brakowało dowcipu. Może dlatego nie awansuję. Dowcip jest ważny w karierze.

Podobno kiedy ludzie spadają z wysoka, albo wiedzą, że zginą to widzą całe swoje życie przed oczami, a ja nic nie widzę. Czy to co opowiadają o życiu po życiu też okaże się nieprawdziwe?
Przypomniało mi się tylko, że kiedyś ksiądz na religii, mówił o śmierci w stanie łaski, i że jak człowiek nie zdąży się wyspowiadać bo umiera nagle to może zawsze powiedzieć, "Boże wybacz mi" i to wyjdzie na to samo. A może zdarzy się jakiś cud? Jeśli nie, Boże wybacz mi, a wy panowie na dole, jeśli żyjecie, poczekajcie jeszcze z tą taczką.

wrzesień 2002