Niebieski korytarz,
ciągnący się już od dziesięciu minut szybkim krokiem i wszędzie
chorzy. Na końcu światło, ale daleko, bo tu wysiadły świetlówki.
Awaria. Pacjenci przyprowadzeni tu przez swoje bakterie na
finalną rozgrywkę, wielki skok. Kiedy dostałem skierowanie
to wiedziałem, że to koniec, że teraz mnie dopadną, że nawet
jak byłem zdrowy, to badania okresowe są po to, żeby bakterie
mogły przenieść się na mój zdrowy organizm, gdzie urządzą
sztab, założą swoją bazę. Rozmnożą się we mnie, we wszystkich
częściach mojego ciała, nawet pod paznokciami. Pod samymi
paznokciami.
Mówiłem, że
to bez sensu, ale podobno tak wypadło. Choć jestem zdrowy,
nie uległem epidemii, to muszę iść do lekarza, żeby on to
stwierdził. Z tym, że ja wiem, co on stwierdzi. Kiedy już
przejdę przez korytarz pełen ludzi pełnych bakterii, kaszlących,
kichających, oddychających na mnie z rzężeniem. Kiedy potrzęsę
się z zimna na niedogrzanym korytarzu, gdzie jakiś uciekinier
z klasy zakaźnej szkoły podstawowej wybił okno grubą kulą
brudnego, wilgotnego śniegu, zachoruję i umrę.
Już jest zresztą teoria, że to wszystko przez odwilż. Ten
lekarz, co o nim zacząłem, wtedy już stwierdzi, że jestem
chory, że jestem chory, że jestem chory. Nie będzie tłumaczenia,
że ja się zaraziłem na korytarzu, że zaraziły mnie bakterie
innych, które ich tu w fazie terminalnej przyprowadziły, bo
czują, że nosiciele umierają i już nie posłużą im długo. Przyprowadzają
ich tu, do lekarza, że niby po to by leczyć, ale chodzi o
przedłużenie gatunku. Ja mu to powiem, temu lekarzowi. Ale
ja wiem, że on mi powie, że każdy tak mówi. "Panie...
Każdy tak mówi... Ludzie teraz chodzą i chodzą, póki mogą
chodzić, a do lekarza nie chodzą, a potem doktorze ratuj,
ale jak jest za późno, do nogi wyciągają i w trumnę i już
nie chodzą nigdzie i nigdy." Tacy lekarze to mają takie
poczucie humoru, grobowe. Jak nie było epidemii, to mieli
inne. Mówili - nic panu nie jest - okaz zdrowia - do roboty
- niech pan nie będzie przewrażliwiony.
Jak lekarz stwierdzi
chorobę to już koniec. Jeszcze mnie mogą z pracy zwolnić za
to że się ukrywałem. "Za lekceważenie i ukrywanie objawów
choroby zakaźnej, ze świadomym narażeniem innych pracowników
firmy na niebezpieczeństwo zarażenia, a tym samym narażenie
przedsiębiorstwa na straty finansowe poprzez zagrożenie prawidłowego
jego funkcjonowania, pośmiertnie, dyscyplinarnie zwalniamy
Pana z pełnienia obowiązków. Od decyzji przysługuje odwołanie
do koleżeńskiego sądu pracy (chwilowo w zawieszeniu z powodu
epidemii)."
Poniosło mnie.
Bez przesady. Tak źle to nie jest. To tylko badania okresowe,
choć w tych czasach nikomu wierzyć nie można. Kto mnie kierował?
Nawet nie wiem. Dostałem skierowanie do przegródki. Podane
anonimowo, może nawet w jednorazowych rękawiczkach. Wydawało
mi się właśnie, że gdzieś u kogoś widziałem całe opakowanie.
Na parapecie, obok paprotki, co podobno dobrze promieniuje.
Gdzie to było? Ktoś miał takie pudełko z rękawiczkami. A może
to były długopisy jednorazowe? Też niby przypadek, że jednorazowego
użytku. Może to specjalnie? Nie wiem. Walczę w tym cholernym
korytarzu z myślami o hermetycznie zamkniętych pojemnikach,
pełnych nie wypisanych do końca długopisów jednorazowych,
które ubrani szczelnie na biało ludzie przetaczają w nocy
do czarnej ciężarówki z włączonym silnikiem. Zimą. Para z
masek ochronnych w miejscu ust. Zaparowany plastik w otworach
do patrzenia, a na przetaczanych pojemnikach miga naklejka
z symbolem "biohazard".
Uciekam wzrokiem
od plakatów reklamujących szczepionki, które przecież teraz
już nikomu nie pomogą. Ciekawe czy już gdzieś w agencjach
reklamowych pojawiają się pomysły plakatów o humorze tak grobowym
jak ten lekarski. Teraz już za późno! Załatwiasz swoje formalności
pogrzebowe? Nie zapomnij o szczepionkach dla rodziny, którą
pozostawiasz w żalu. Może twoją żonę ktoś zarazi w trakcie
kolacji przy świecach? Odległość będzie wystarczająca do zarażenia
drogą kropelkową, a jak żona Cię zdradza to już mur-beton-kaplica-amen,
a jeszcze na dzieci przejdzie. Tobie to już teraz pewnie wszystko
jedno, na łożu śmierci, gdzie pewnie żona będzie i tak czuwać
- jak na obrazach, które nam pokazywano w szkole, kiedy lekturami
były nowele o biedzie, ciemnocie i bezsilności - na tym łożu
śmierci Ty jej wybaczysz, zapadnięty spoconą głową w brudną,
zbyt dużą poduszkę, z przekrwionymi oczami zapadniętymi w
ciemne oczodoły, pod pierzyną, ciężką i wilgotną, przygniatającą
do ziemi, spychającą w śmierć. W ostatnim odruchu rozsądku
i pożegnania się ze światem przypomnij rodzinie o szczepieniu
ochronnym u miłego pana z plakatu (z górnej części plakatu
w błękicie, bo w dolnej jest w brązach umierający), lekarza
z błyszczącym stetoskopem, wystającym z kieszonki z logo firmy
farmaceutycznej. No może jeszcze dołożą jego nazwisko na identyfikatorze,
jakiś Kowalski albo Nowak. Albo Jan Zdrowy. Albo i nie. Jestem
zmęczony. To ciągłe myślenie tak mnie męczy. Inni to za takie
myślenie pewnie dostają pieniądze i projekt jest już w komputerach
i tam go teraz oceniają siedząc z uśmiechem w modnych swetrach
i dżinsach bo jest akurat "casual friday". Nie myślą
wtedy o chorobie. Żują gumę bez cukru.
W końcu usiadłem
byle gdzie. Mam dość szukania miejsca wolnego tak bardzo,
że jeszcze są obok po dwa miejsca wolne, żeby się nie zarazić.
I tak pewnie już się zaraziłem, albo się nie zaraziłem bo
może jestem odporny. Cuda się zdarzają, a ja jestem wierzący,
zwłaszcza teraz. Za to znowu myślę o wielkiej ilości bakterii
w tych wszystkich ludziach, których bakterie tak cwanie tu
przyprowadziły, a oni myślą, że sami, że zdrowy rozsądek,
albo nakaz w pracy, w domu, od żony, męża, zwierzchnika, z
polecenia i nakaz sądowy w drodze postępowania za uchylanie
się od przeprowadzania badań. Ich bakterie siedzą w nich i
już się przymierzają do skoku. Jestem pewien, że stopień zainfekowania
musi być duży. Jakbym się zbliżył do któregoś z nich to nie
potrzebowałbym mu przykładać mikroskopu do oka, wystarczyłoby
szkło powiększające, żeby zobaczyć, że ma ich tam pełno. Jego
oko wyglądało by pod tym szkłem jak ekran telewizora, kiedy
nie ma programu. Takie "mrówki" z wściekłym szumem
kotłujące się tam i z powrotem. Ten ma okulary, pewnie u niego
widać będzie jeszcze lepiej... Okulary zresztą niemodne, duże
szkła, grube oprawki. Na pewno faza terminalna... Już nie
opłaci się zmieniać. Facet wygląda na biednego, więc może
wolał odłożyć na pogrzeb. A może już te okulary komuś obiecał,
kto przez epidemię jest zwolniony z pracy? Da mu te okulary,
a sam pochowa się bez.
Czy teraz ja
też będę o tym myślał? Czy zamiast myśleć gdzie pojadę na
urlop, jaki samochód kupię, gdzie dobrze by było pojechać,
zacznę myśleć o śmierci, o tym jaki grób, czy spalić czy pochować.
O tym czy chcę mieć orkiestrę za trumną? To chyba wykluczone.
Dęta orkiestra odpada Jest epidemia, a trąby wydmuchują przecież
bakterie na całą okolicę. Wszystkie te plany o tym jak będzie
wyglądać mój pogrzeb, wszystkie te myśli, za które potem się
karciłem, które przychodziły kiedy czułem się skrzywdzony,
kiedy widziałem innych nad moim grobem. Myślałem jaki kawałek
chcę na pogrzebie, jaki napis na płycie. Chcę skromnie, klasycznie
- to jest z klasą. Wszystko to bierze w łeb. Epidemia nawet
tego mi nie zostawi. Sprawi, że oleję wszystko, całą tę galanterię.
Za to do końca życia moje myśli będą krążyć wokół tego, że
inni, których nie dotknęła epidemia będą tu dalej Żywi. Może
nawet zostaną nieśmiertelni w wyniku postępu naukowego. Ktoś
szukając lekarstwa na chorobę odkryje sposób na nieśmiertelność.
Oglądałem na ten temat pewien francuski serial. Nie odkryją
lekarstwa, więc większość populacji umrze. Wybrani w wyniku
epidemii staną się bezpłodni i zażyją lekarstwo aby pozostać
na ziemi jako nieśmiertelne resztki ludzkości i brać życie
garściami, wszędzie, w supermarketach przede wszystkim.
Muszę uciec.
Nie wiem co dalej, jakie będą konsekwencje, ale jeszcze nie
jest za późno. Nie mam objawów. To tylko badanie kontrolne.
Dlatego muszę uciekać. Kiedy uciekam, kiedy biegnę, nie myślę
o bakteriach. Jeszcze schody... Załatwię was... Mam was gdzieś,
cholerne mikroby w ciałach chorych. Znaczy nie mam was. Nie
dostaniecie mnie. Nie rozmnożycie się we mnie. Zdechniecie
razem z zarażonymi. Na próżno ciągnełyście nosicieli do przychodni,
na próżno plany.... Nosiciele może będą mnie gonić, poruszani
bakteriami jak kukły. Szybciej!
Przewróciłem
się. Ktoś podłożył mi nogę. A teraz oni pochylają się nade
mną troskliwie. Ktoś chce mi zrobić sztuczne oddychanie. Zbliża
do mnie chorą twarz. Usta - usta. "Jestem przytomny!..
Jestem przytomny! Żyję!!!" To chyba były ostatnie słowa,
które powiedziałem przed utratą przytomności.
Niebieski korytarz...
na końcu światło...