Garten party
między wielkimi murami szarych kamienic. Tu gdzie jesteśmy
była chyba ulica - teraz porośnięta trawą już od dawna. W
ścianach kamienic są dziury zakryte drzwiami, takimi jak do
wielkich stodół. Trawa ma kolor ciemnozielony i jest położona,
jakby cały czas wiał tu mocny wiatr. Każdy z nas ma inne krzesło,
a żadne z nich nie nadaje się do siedzenia na dworze. Za to
na każdym są numery, czasem wypisane farbą, a czasem wybite
na metalowych tabliczkach. I jesteśmy my - uczestnicy imprezy.
Nie ma nic do jedzenia i picia, za to powietrze jest ciemne
i gęste. Ci, którzy się oddalają giną w nim jak we mgle.
Zaczyna padać
deszcz. Od razu pełną parą. Nagle. Trzeba się schować. Próbujemy
otworzyć wielkie drzwi kamienic, ale za nimi nic nie ma. Kamienice
to po prostu mur. Sama frontowa ściana. Wielkie oszustwo,
bo przez okna było przecież widać oświetlone pokoje i chodzących
ludzi. Po drugiej stronie powietrze jest nienaturalnie jasne,
ale deszcz też pada. Widać wielką polanę, na której chaotycznie
stoją stare krzywe krzesła - mocno już zniszczone. Są wrośnięte
w ziemię. Nie można użyć ich jako parasoli. Po drugiej stronie
muru deszcz jest inny. Inaczej szumi i jest dużo zimniejszy.
Wracamy na naszą stronę, próbując przykryć się krzesłami,
które jeszcze nie wrosły. Coś się zmieniło i w naszym deszczu.
On jest już taki jak tamten zza muru. Ktoś krzyczy pokazując
na drzwi - chyba chce je zamknąć. Nasze krzesła właśnie zaczynają
wrastać w ziemię, jakby ta była bagnem, choć wciąż jest twarda.
Zauważam płynące po trawie portfele, zdjęcia i pomięte pieniądze.
Spostrzegam, że sam nie mam już przy sobie nic. Deszcz jakimś
cudem wypłukuje z nas wszystkie rzeczy. Jeżeli zorientować
się w porę, można je jeszcze złapać i mocno trzymać w garści,
żeby ich znowu nie wypłukało. Coś z tym trzeba zrobić. Idziemy
do centrum miasta. Tu jest na pewno hotel, skąd zadzwonimy
po wojsko. Ale hotel to już nie to samo. Z budynku hotelu
została tylko lada recepcji. Za to wkoło, na betonowym placu,
jest sporo koncentrycznie ułożonych, białych, metalowych łóżek
szpitalnych, bez pościeli, nawet bez materacy. Recepcjonistka
zatacza koło ręką. I z czego tu być dumnym tak jak ona? Za
łóżkami są betonowe stoliki, takie jak w parkach - do gry
w szachy. Przy nich siedzą robotnicy w drelichach. Mają termosy
z napisami "Herbata", lub "Kawa". Termosy
są otwarte i pada do nich deszcz. Oni potem wlewają zawartość
do kubków, pełnych deszczu po brzegi i to wszystko wylewa
się dalej - ale i tak piją. Wyjmują zawinięte w papier pergaminowy
kanapki z tłustą kiełbasą. W momencie gdy kanapka pojawia
się na stole, deszcz zdziera z niej papier. Robotnikom podoba
się ta sztuczka. Niektórzy już skończyli jeść bo wkładają
sobie wielkie fińskie noże do ust i coś tam wyskrobują. I
już ich nie ma. Został pusty plac, na który wjeżdża opancerzony
autobus. Podobno przysłał go sztab kryzysowy. Wszyscy do niego
wsiadamy - razem z nami rewizor. Nie mamy biletów, ani pieniędzy
żeby je kupić. Nie szkodzi - rewizor też już nie ma swojej
legitymacji. Dobrze, że tu nie pada - jakimś cudem. Przypominam
sobie, że kiedy obserwowałem robotników, zanim znikli, gdzieś
między łóżkami biegali tajniacy, czy ochroniarze. Wymieniali
jakieś paczki zawinięte w folie z dziwnymi znakami, których
nie zmywał deszcz. Potem te pistolety... Lepiej już jedźmy.