[mhkm] > księga > autorskie > MONTAGBOOK > TRANSPORT
> Nocny pociąg 
  yahoo - forum dyskusyjne - menel
 
  Michał "Montag" Prochownik

Nocny pociąg

  tekst opublikowany w PRO ARTE
 

Nie mogłem zabrać wszystkiego, ale i tak powinienem być szczęśliwy, że mi się udało, że kupiłem bilet i że mnie wpuścili. Od moich siedmiu walizek bolą mnie dłonie u nasad palców. Trudno się było spakować - człowiek nigdy nie wie, co mu się przyda. Ja wyjeżdżam daleko, żebym nie mógł, z przyczyn obiektywnych, z przyczyn niezależnych ode mnie, wrócić do pracy. Raz spędzałem urlop w domu i jak zadzwonili po mnie, to nie mogłem odmówić bo byłem blisko, byłem za blisko miejsca pracy. Teraz połowę czasu urlopu przeznaczam na przejazdy, ale i tak się opłaca. Force majeure. Tylko te bagaże. Jeszcze trochę i nie będę się mógł przez to nigdzie ruszyć.

Wziąłem jedynkę sypialną, bo boję się gangsterów i złodziei, co kradną w pociągach nocnych, wpuszczają gaz, otwierają zamknięte kabiny po ciemku, gdy nikt nie widzi, bo wcześniej wykręcili korki, bo mają klucz konduktorski. Mam miejsce pod ścianą na stercie moich walizek. Tak musiałem to wszystko upchnąć bo inaczej nie mógłbym już wsiąść. I tak dobrze, że pomógł mi konduktor. Mam przed sobą dwie noce i chyba nie uda mi się zasnąć.

Konduktor jest chyba jeden, pomieszczenia służbowe zajmują za to prawie jedną trzecią całego wagonu. Nie wiem co w nich jest. To podobno dlatego, żeby stworzyć pasażerom poczucie bezpieczeństwa, jak zapewniało kierownictwo kolei. Oglądałem w telewizji. Tam był taki facet z przedsiębiorstwa kolejowego, co mówił, że nocny pociąg, który ostatnio wprowadzili jest bezpieczny i stan się zgadza. Rzucał jeszcze na odchodnym. "Tyle wchodzi ile wychodzi - co do jednego!". Potem usłyszałem, że ktoś ponoć widział w tej telewizji jak go aresztowali z powodu przekrętów finansowych. To był podobno ten sam, ten sam co obiecywał. Wyobrażałem sobie potem jak go wyprowadzają z sali, a on krzyczy, szamocząc się, że stan zgadza się co do jednego, że to jakaś pomyłka, bo stan się zgadza na pewno i on to udowodni.

Ściana korytarza naprzeciw drzwi do przedziałów zakryta jest wielką tablicą ze zdjęciami i portretami pamięciowymi przestępców, co kradną, gwałcą i zabijają na kolei.
Przy wsiadaniu konduktor oglądał mnie uważnie. Potem odszedł kawałek dalej, mówić szeptem przez krótkofalówkę. Zamknąłem przedział i poszedłem oglądać podobizny bandytów. Bałem się, że znajdę na ścianie swoje zdjęcie, albo kogoś łudząco do mnie podobnego. Nigdy nic nie wiadomo. Mam trochę czasu zanim pogaszą światła.
W nocnym pociągu obowiązuje całkowite zaciemnienie, dlatego konduktorzy mają lampki na czapkach, a sokiści chodzą w noktowizorach z celownikiem. Znalazłem kogoś, kto był do mnie podobny ale na zdjęciu, w prawym dolnym rogu, doklejona była czarna aksamitna tasiemka. Miałem taką pod szyją na rozpoczęciu roku szkolnego, kiedy byłem w podstawówce. Dawno. Przejechałem palcem po tasiemce i wtedy usłyszałem komentarz konduktora, nagle, zza mojego ramienia, z oddechem, z zapachem.
- Ten... Zdjęliśmy go w zeszłym tygodniu. Gryzie gość żwir gdzieś na szlaku. W bagażach miał pełno brudnej bielizny, wie pan? W jednej z walizek wiózł poduszkę, znaczy wsyp. Już mu się nie przyda. Na razie panu, przyjemnej podróży.

***

Rano obudził mnie dźwięk toczącej się butli gazowej, kopanej nogą konduktora, brudnym butem, kolejowym lakierkiem - model konduktorski numer 2, wypełnionym zapewne cuchnącym farszem z bladej, spoconej stopy konduktora, o wysokim podbiciu (które tak źle wygląda w mokasynach), z brudem między palcami, ze spękaną piętą. Stopy co musi mu wystawać brzydko spod pierzyny kiedy konduktor śpi, chrapiąc alkoholowo, produkując zaduch. I te paznokcie. Na pewno ma twarde paznokcie, do obcięcia których trzeba nożyc do blachy. Ta stopa deformowała tygodniami kolejowy but konduktora, który kopał teraz butlę, poobijaną, w kolorze szarym. Napis arabski w miejscu naszego "propan-butan". Cięcie kosztów?

Obudził wszystkich.

- Panie, pan tak to kopiesz przez korytarz tutaj. Nie boisz się Pan - konduktorze łaskawy - że to gówno wybuchnie panu pod butem? - to ktoś z kabiny obok.
- Jeszcze nigdy nie wybuchło. Arabskie butle proszę pana, są nie do zdarcia - powiedział konduktor z kwaśnym uśmiechem i otwarł drzwi do przejścia między wagonami.

Boję się przejść między wagonami. Kiedyś kiedy szedłem, utknęła mi tam noga w białej skarpetce w żółwiki. Klapa pod którą były hałaśliwe szybkie tory, ociekające przewody, zapach rozgrzanych słońcem kamieni i śmierć - wleczenie i łamanie podwoziem pociągu, odcinanie kończyn i głowy kołami, miażdżenie, rozbryzgiwanie krwi - masakra. Czerwone sandałki na odciętych stopach. Jeden mi właśnie wtedy spadł i zniknął bo klapa była podniesiona i już wpadłem nogą, ale nie stało się to wszystko bo jakiś miły pan (z Poznania podobno - potem umawiać się chciał z mamą na kawę) - złapał mnie za rękę - i do tej pory mnie napada przed urodzinami myśl, że mógłbym nie żyć i to się wszystkim w rodzinie przypomina, kiedy po swojskim winie wyliczają ocalenia od śmierci, mówiąc, że umarli nad nami czuwają. Moja mama topiła się w beczce i wyciągnął ją Cygan, a ja miałem nogę w dziurze między wagonami, i już wpadałem, już się osuwałem w śmierć czarnego charakteru z Jamesa Bonda.

A teraz to konduktor otworzył drzwi, tocząc butlę po klapach z metalu, do drugiego wagonu, zaczepiając o te wszystkie rzeczy, które zawsze wystają, i zamknął.

Walizki mi się trochę uleżały. Zaraz będzie herbata. I klapki. I palce z klapek (nie obudziłem się do końca - to przez spanie na walizkach). Zawsze im wystają, tym kobietom, co wiozą termosy i proponują napoje. Dostałem zafoliowane ciastko biszkoptowe. Podpierając plecami stertę walizek, patrzyłem jej na stopy ale jak na złość miała spodnie i pełne buty, więc pewnie to z klapkami i palcami mi się przypomniało przez sen. Spałem słabo. Firanka łopotała w oknie, które otwarłem bo bałem się uduszenia gazem. Przeczytałem to w ulotce dołączonej do pojedynczego przedziału sypialnego klasy pierwszej. Był tam uśmiechnięty dyrektor kolei i taki rysunkowy złodziej w kaszkiecie i kraciastej marynarce, jak facet, co gra na banjo w kapeli podwórkowej. I ten dyrektor z fotografii (nie ten z telewizji - jakiś inny, jeszcze na wolności) zapewniał o bezpieczeństwie, lecz prosił o współpracę, żeby razem uderzyć stalową pięścią (i lakierkiem kolejowym kopnąć) cwaniaczka w chudą, szpiczastą, złodziejską dupę.

Zalecenia. Otwieraj okno w nocy. Pozwól firance łopotać na wietrze, przy pełni księżyca i gwiaździstym niebie. Nabaw się zapalenia ucha środkowego, jeśli śpisz na boku. Zostaw wszystkie pieniądze i kosztowności w kolejowym sejfie - w wielkim, ciężkim wagonie z szarej stali, który jedzie na początku składu, żeby go bandyci nie mogli opanować, jak dyliżansu na westernie. Jak nie masz pieniędzy to przymknij drzwi, ale nie całkiem i nie na klucz (to nie ma sensu bo złodziej ma klucz). Zostaw je otwarte, bo jak pociąg będzie płonął kiedy będzie pożar, otwarte okna sprawią, że zajmiesz się szybko, by po krótkiej ślepej walce w ostatnich chwilach życia, spłonąć nieruchomo jak plastikowa lalka.
W związku ze wzrostem przestępczości znacznie ograniczono liczbę osób z prawem posiadania klucza konduktorskiego, więc straż nie będzie mogła wejść do środka. Nie będzie mogła ugasić twoich płonących włosów, zalać pianą wszystkich twoich ubrań w walizkach i łatwopalnych listów miłosnych, które wziąłeś ze sobą w odruchu.
Jeśli zaś masz pieniądze, ale nie chcesz dać ich do sejfu, nie śpij sam. Kolej przydzieli ci ochroniarza. Ochroniarz - jeśli masz kabinę jednoosobową - śpi na łóżku. Tak ma w statucie, że on śpi na łóżku, a Ty na jego karimacie i w śpiworze. To po to by zmylić przestępcę, kiedy wtargnie i rzuci się z nożem fińskim do gardła, które będzie chciał poderżnąć i wprawnym ruchem odchylić głowę do tyłu, żeby krew nie zalała ubrania, by wszystko co się da, spieniężyć. Ochroniarze, nawet jak mają poderżnięte gardło, potrafią tak bez głowy obezwładnić bandytę. Czytałem, że przeszczepiają im coś z kur, bo one gonią po podwórku nawet po odrąbaniu głowy. Genetyka. W razie zgłoszenia potrzeby ochroniarza, wypełnij załącznik B. W załączniku B jest opisane jak przytwierdzić ochroniarzowi głowę do korpusu, przykleić ją klejem, który znajduje się w prawej dolnej kieszeni jego spodni i zapakować oba trupy do rozciągliwego worka z lycry zamykanego na zamek błyskawiczny. Ten worek także znajduje się w prawej dolnej kieszeni jego spodni.Kiedyś taki widziałem. Miał wzorek w logo kolei.

Nie mogę otrząsnąć się ze snu. Może to biszkoptowe ciastko, które zjadłem - taki chemiczny posmak. No tak, zamiast cukru do herbaty wsypałem sobie środek usypiający. Miał takie samo logo, jak cukier i jak firanka w oknie. Zaraz znowu zasnę. To jest to co sugerowali w ulotce. Bezpieczeństwo. Okolica jest nieciekawa. Miasto, z którego wszyscy wyjechali i potem pola z ogrodzeniami, które i tak nie zatrzymają szarańczy, która podobno szaleje w okolicy. Obudzę się w nocy, obudzę się po ciemku. Będę myślał, że to ta łopocząca firanka, że te względy bezpieczeństwa, że pełnia księżyca, ale to nie będzie prawda - będę zbyt intensywnie wyspany, bo zasnę rano zamiast w nocy. Nigdy mi się to nie zdarzyło w dorosłym życiu. Boję się spać w dzień, boję się tego co potem zrobię w nocy? Co będę robił po ciemku, przy otwartym oknie, przy huczącym powietrzu odbijanym od słupów, od ogrodzeń, od mostów. Nie będzie mi wygodnie marzyć o hotelu, o widoku z okna (palma i morze) w prospekcie biura podróży, który mam w walizce. Pociąg jest nocny, bo w nim w dzień się śpi, więc zasypiam, z długą szyją w rozpiętej piżamie, ze spoconą klatką piersiową, oddychającą ciężko. Na walizkach. Przy otwartych drzwiach. Kurczowo.

***

Przeciąg i echo. Pusta butla i noga. Z powrotem. Chyba wieczór. Musiała być przed chwilą duża stacja bo jeszcze pali się światło. Już wiem co mnie obudziło - sikanie. Herbata, otwarte okno i to echo, bo musieli znowu otworzyć drzwi między wagonami, drzwi do mojego wspomnienia i teraz ja muszę się tam wybrać, bo tam jest ubikacja. Podłoga w korytarzu jest mokra i czuć ją nieświeżą czystością. Lampka WC gaśnie. Ktoś opuścił pomieszczenie - sprzątaczka z wiadrem. Soczysta szmata. Nawija ją na miotłę i myje portrety zbrodniarzy w korytarzu. Przemykam na palcach, rozpłaszczony pod ścianą, żeby tylko nie otrzeć się o jej wypiętą dupę kiedy się pochyla. Ma tam podobno alarm. Niewiele trzeba konduktorowi dyżurnemu do rozpoczęcia interwencji. Muszę się odwrócić i przemknąć i dyskretnie zamknąć drzwi. Dobrze że sedes w górze. Nie dotykać. Oprzeć się. Co za ulga. Za to łomot tu gorszy niż gdzie indziej i chyba zimniej bo paruje. Mokra sznurówka. W otwartym oknie nie ma firanki. Wyleciały mi na zewnątrz prawie wszystkie ręczniki papierowe, kiedy pociągnąłem za pierwszy. Trach! I fruną wzdłuż pędzącego pociągu, a potem w ciszy.
Wyszedłem na korytarz, gdzie sprzątaczka poleruje złoczyńców, mocno ich poleruje - ciekawe czy siłuje się po knajpach na rękę? I nikogo. Chyba wszyscy posłodzili herbatę tym środkiem nasennym. Nie jestem jeszcze wyspany. Jest zimno, nakryję się marynarką i spróbuję zasnąć. Tracę okazję, żeby zobaczyć małą stację, przez którą wolniej przejeżdżamy, ale tu chyba nikogo nie ma.

***

Szamotanina - potem krzyk. Blisko, choć wcześniej dalej. Może sen? Nie. Nie śpię. Mam oczy szeroko otwarte i odbijają mi się w nich światła czegoś co mijamy. Wychodzę na korytarz. Ciemno. Słyszę drzwi kabiny obok, jak, otwarte na oścież, uderzają o ścianę. Coś łopoce na wietrze, w przeciągu który wpada przez okno, które denat też pewnie miał otwarte. Zaraz... Czemu od razu denat? Dokąd jechał? Może nie denat? To ten co pytał. Wchodzę, nie wiem czemu. Podobno zawsze tak ciągnie. Nikogo. Otwarte okno, zgodnie z zaleceniami. Przejazd kolejowy. Światła. Widzę walizkę - wybebeszona. Przez to wszystko huk, który towarzyszy jeździe pociągu - mam wrażenie - wzmaga się. Przelatuje mi przez głowę, tak jakby jedno moje ucho było tym otwartym oknem z firanką, a drugie otwartymi drzwiami (w razie pożaru). O nie, muszę wrócić do siebie. Nic tu po mnie. Zamknę tylko drzwi, żeby tak nie waliły. Albo nie! Zostawię. Coś toczy się po podłodze. Światła. Uderzyło o ścianę. Chyba przejeżdżamy przez duże miasto. Światła. Puste butelki. Podnoszę jedną i przysuwam się do okna w kabinie. Światła. Traubisoda.

Tutaj? Jechałem kiedyś nad Balaton i mój wujek co budował piece, chciał, żeby mu to przywieźć. Rozmarzał się kiedy wspominał. Taki dobry, bardzo dobry napój gazowany, w skrzynkach, w sklepach, w upały. Kiedy wróciłem okazało się, że umarł i właśnie jest pogrzeb. Byłbym już zapomniał gdyby nie to teraz.

W znieruchomieniu, przez odgłos pociągu i pustych butelek usłyszałem jeden krok. Konduktor. Inny, pewnie w dzień wymienili załogę. Na czapce lampka na gumce. Większa, podobna do tej jaką noszą górnicy. Na materacu widzę teraz coś, co wziąłem wcześniej za cień poduszki. Na materacu jest ciemna plama krwi.
- Świetnie, że pan tu jest. Zbrodzień - proszę pana - uciekł, ale jest tu gdzieś. Pociąg się nie zatrzymuje. Drzwi zablokowane, a pan musi mi pomóc bo te braki kadrowe - sam pan rozumie, musi mi pan pomóc dla dobra i bezpieczeństwa reszty pasażerów.
- Co mam robić? - spytałem zadowolony, że nie wziął mnie za mordercę
- Niech pan tu zostanie, nie rusza się i nie opuszcza przedziału, a jakby ktoś chciał wejść to oślepiać światłem z lampki i krzyczeć głośno "Precz!". Tu pan ma czapkę z lampką - ja muszę kupę i zaraz wracam.
- Nie ma już ręczników papierowych. A Gdzie jest pana kolega? Ten co był wcześniej? - zapytałem wychylając się za nim na korytarz.
- Przeziębił się. Wziął prysznic i niewytarty - wie pan - mokry, poszedł do lodówki po napój gazowany. Zawiało go. Pan wybaczy, muszę lecieć. Nie szkodzi. Proszę się nie dziwić, że będę gwizdał. Ktoś zepsuł zamek i światełko, a mamy tu taką procedurę, że wtedy trzeba gwizdać w ubikacji albo nucić. Później to panu wytłumaczę.
No i uciekł, uciekł łysy w głąb korytarza, ściskając pośladki. Z lampką na głowie i pustą butelką w ręce, w konduktorskiej czapce jest mi teraz nieprzyjemnie ciepło. Spociła mu się głowa pod tą czapką. Pewnie biegł. Nawet nie słyszę jak gwiżdże. Jak mam zresztą słyszeć w tym hałasie? Za to pociąg ciagle przyspiesza.

Stanąłem w drzwiach plecami do przedziału, żeby nie patrzeć do środka, żeby tarasować całym sobą wejście. Snop światła z lampki na czapce padł na ścianę korytarza. Na fotografię tego gościa, co jest tak łudząco podobny do mnie. Miał tasiemkę, miał czarną aksamitną tasiemkę w rogu, że zabity, że wyeliminowany z gry. Upuściłem pustą butelkę. Teraz nie ma czarnej tasiemki! Pewnie sprzątaczka zmyła. Może byle jak przykleili bo podobno niedawno zdjęli. Coraz szybciej jedziemy. Po co konduktor jakoś tak dziwnie... Dlaczego dał mi lampkę i poszedł? Widział! Po to ta lampka. Widział, tego gościa na fotografii, że on jednak nie jest zabity, że wrócił. I wie że to ja. Nawet jeśli to nie ja, to on wie. Dałem się podejść - pewnie coś w tym niby słodziku nasennym - ociężałe myślenie. Muszę uciekać. Zostawić wszystko. Prawo jest bezwzględne. Jeśli uciekam mogą mnie zabić. Jak nie uciekam to też mogą. Otworzą drzwi i wyrzucą z pociągu. Z dużą prędkością przetnie mnie na pół słup trakcyjny albo zmiażdży mi głowę, albo uderzy w nogi i wrzuci z pędem pod koła pociągu, które już zrobią swoje. Czerwone sandałki. Trzeba uciekać z pociągu - wyskoczyć w biegu, bo jak sam nie wyskoczę to mnie wyrzucą. Uciekać w drugą stronę. Tamten pobiegł do czoła pociągu, przez wagony nieznane mi bliżej, do przedziału obronnego, po posiłki. Pewnie tak. Biec w przeciwnym kierunku. Czy taki sypialny jak mój jest tylko jeden? Może jeszcze gdzie indziej są podobizny? Zaraz! Zdjąłem lampkę z czapki i założyłem bezpośrednio na głowie. Przecież mogę przykleić ten pasek. Tupot nóg. Nie. Trzeba wiać!

***

Uciekałem w tył pociągu. Byle dalej od lokomotywy i konduktora, który pewnie nadciągał z ochroniarzami. Bałem się przejść międzywagonowych ale powieki się przydają. Ciemność też. Leciałem jak szalony, z każdym wagonem szybciej, choć pociąg zdawał się nie mieć końca. Pewnie z powodu długości nie zatrzymuje się na małych stacjach. Przez korytarze, tuż obok śpiących ludzi w przedziałach z otwartymi drzwiami i bez drzwi i potem przez wagony pełne pasiastych materacy i skołtunionych prześcieradeł z rdzawymi plamami. Ledwo dobrnąłem do ostatniego. Wagon pocztowy. Dla odmiany cały rozświetlony tak mocno, że światło mnie oślepiło i zatrzymałem się. Przemogłem tępy impuls, żeby ukryć się pod stertą paczek i listów. Trochę mi w tym pomógł fakt, że jedna paczka była rozerwana i pełna listów gończych z moją podobizną. Pojedyncze drzwi z tyłu. Oczywiście zablokowane. Duża szyba. Że też nie zabrałem tamtej grubej butelki. Są coraz bliżej. Zdjąłem lampkę i z rozmachem uderzyłem głową w szybę. Rozpadła się z wielkim hukiem i strużką ciepła zatrzymaną na chwilę na górnej wardze. Przeciąg. Listy gończe z moją podobizną zaczęły wylatywać z paczki przez rozbite okno, jak wtedy ręczniki, całymi seriami, jak papierowe samoloty wystrzeliwane z karabinu. Ktoś w drzwiach po drugiej stronie złożył się do strzału.

* * *

Po raz pierwszy w życiu zamknąłem oczy skacząc przez okno. Skakanie z zamkniętymi oczami na uciekające tory boli, rani łokcie, zdziera skórę, pomaga zwichnąć stopę i rozbija lampkę w wykręcanej ręce. Wszystko na raz. Jest ciemno, nie licząc listów gończych, które walają się po torowisku, małe plamy jaskrawego światła, albo szybują kołysząc się z lewa na prawo, opadając powoli. Gdzieś tam za mną jest duże miasto, przez które przejeżdżał pociąg. Po obu stronach toru las. Jest zimno, a ja stoję w piżamie z rozbitą głową i kawałkami szyby we włosach. Dobrze, że mam chociaż jeden but. Drugim gdzieś o coś zaczepiłem przy skakaniu. Nie mam szczęścia do obuwia w pociągu.

Nazbierałem garść listów gończych, żeby sobie oświetlić drogę. I tak idę teraz w jednym bucie, po torach, przez las, z rękami pełnymi światła z papieru. Na razie mi się podoba.

2003 / marzec - wrzesień