Nie mogłem zabrać
wszystkiego, ale i tak powinienem być szczęśliwy, że mi się
udało, że kupiłem bilet i że mnie wpuścili. Od moich siedmiu
walizek bolą mnie dłonie u nasad palców. Trudno się było spakować
- człowiek nigdy nie wie, co mu się przyda. Ja wyjeżdżam daleko,
żebym nie mógł, z przyczyn obiektywnych, z przyczyn niezależnych
ode mnie, wrócić do pracy. Raz spędzałem urlop w domu i jak
zadzwonili po mnie, to nie mogłem odmówić bo byłem blisko,
byłem za blisko miejsca pracy. Teraz połowę czasu urlopu przeznaczam
na przejazdy, ale i tak się opłaca. Force majeure.
Tylko te bagaże. Jeszcze trochę i nie będę się mógł przez
to nigdzie ruszyć.
Wziąłem jedynkę
sypialną, bo boję się gangsterów i złodziei, co kradną w pociągach
nocnych, wpuszczają gaz, otwierają zamknięte kabiny po ciemku,
gdy nikt nie widzi, bo wcześniej wykręcili korki, bo mają
klucz konduktorski. Mam miejsce pod ścianą na stercie moich
walizek. Tak musiałem to wszystko upchnąć bo inaczej nie mógłbym
już wsiąść. I tak dobrze, że pomógł mi konduktor. Mam przed
sobą dwie noce i chyba nie uda mi się zasnąć.
Konduktor jest
chyba jeden, pomieszczenia służbowe zajmują za to prawie jedną
trzecią całego wagonu. Nie wiem co w nich jest. To podobno
dlatego, żeby stworzyć pasażerom poczucie bezpieczeństwa,
jak zapewniało kierownictwo kolei. Oglądałem w telewizji.
Tam był taki facet z przedsiębiorstwa kolejowego, co mówił,
że nocny pociąg, który ostatnio wprowadzili jest bezpieczny
i stan się zgadza. Rzucał jeszcze na odchodnym. "Tyle
wchodzi ile wychodzi - co do jednego!". Potem usłyszałem,
że ktoś ponoć widział w tej telewizji jak go aresztowali z
powodu przekrętów finansowych. To był podobno ten sam, ten
sam co obiecywał. Wyobrażałem sobie potem jak go wyprowadzają
z sali, a on krzyczy, szamocząc się, że stan zgadza się co
do jednego, że to jakaś pomyłka, bo stan się zgadza na pewno
i on to udowodni.
Ściana korytarza
naprzeciw drzwi do przedziałów zakryta jest wielką tablicą
ze zdjęciami i portretami pamięciowymi przestępców, co kradną,
gwałcą i zabijają na kolei.
Przy wsiadaniu konduktor oglądał mnie uważnie. Potem odszedł
kawałek dalej, mówić szeptem przez krótkofalówkę. Zamknąłem
przedział i poszedłem oglądać podobizny bandytów. Bałem się,
że znajdę na ścianie swoje zdjęcie, albo kogoś łudząco do
mnie podobnego. Nigdy nic nie wiadomo. Mam trochę czasu zanim
pogaszą światła.
W nocnym pociągu obowiązuje całkowite zaciemnienie, dlatego
konduktorzy mają lampki na czapkach, a sokiści chodzą w noktowizorach
z celownikiem. Znalazłem kogoś, kto był do mnie podobny ale
na zdjęciu, w prawym dolnym rogu, doklejona była czarna aksamitna
tasiemka. Miałem taką pod szyją na rozpoczęciu roku szkolnego,
kiedy byłem w podstawówce. Dawno. Przejechałem palcem po tasiemce
i wtedy usłyszałem komentarz konduktora, nagle, zza mojego
ramienia, z oddechem, z zapachem.
- Ten... Zdjęliśmy go w zeszłym tygodniu. Gryzie gość żwir
gdzieś na szlaku. W bagażach miał pełno brudnej bielizny,
wie pan? W jednej z walizek wiózł poduszkę, znaczy wsyp. Już
mu się nie przyda. Na razie panu, przyjemnej podróży.
***
Rano obudził
mnie dźwięk toczącej się butli gazowej, kopanej nogą konduktora,
brudnym butem, kolejowym lakierkiem - model konduktorski numer
2, wypełnionym zapewne cuchnącym farszem z bladej, spoconej
stopy konduktora, o wysokim podbiciu (które tak źle wygląda
w mokasynach), z brudem między palcami, ze spękaną piętą.
Stopy co musi mu wystawać brzydko spod pierzyny kiedy konduktor
śpi, chrapiąc alkoholowo, produkując zaduch. I te paznokcie.
Na pewno ma twarde paznokcie, do obcięcia których trzeba nożyc
do blachy. Ta stopa deformowała tygodniami kolejowy but konduktora,
który kopał teraz butlę, poobijaną, w kolorze szarym. Napis
arabski w miejscu naszego "propan-butan". Cięcie
kosztów?
Obudził wszystkich.
- Panie, pan
tak to kopiesz przez korytarz tutaj. Nie boisz się Pan - konduktorze
łaskawy - że to gówno wybuchnie panu pod butem? - to ktoś
z kabiny obok.
- Jeszcze nigdy nie wybuchło. Arabskie butle proszę pana,
są nie do zdarcia - powiedział konduktor z kwaśnym uśmiechem
i otwarł drzwi do przejścia między wagonami.
Boję się przejść
między wagonami. Kiedyś kiedy szedłem, utknęła mi tam noga
w białej skarpetce w żółwiki. Klapa pod którą były hałaśliwe
szybkie tory, ociekające przewody, zapach rozgrzanych słońcem
kamieni i śmierć - wleczenie i łamanie podwoziem pociągu,
odcinanie kończyn i głowy kołami, miażdżenie, rozbryzgiwanie
krwi - masakra. Czerwone sandałki na odciętych stopach. Jeden
mi właśnie wtedy spadł i zniknął bo klapa była podniesiona
i już wpadłem nogą, ale nie stało się to wszystko bo jakiś
miły pan (z Poznania podobno - potem umawiać się chciał z
mamą na kawę) - złapał mnie za rękę - i do tej pory mnie napada
przed urodzinami myśl, że mógłbym nie żyć i to się wszystkim
w rodzinie przypomina, kiedy po swojskim winie wyliczają ocalenia
od śmierci, mówiąc, że umarli nad nami czuwają. Moja mama
topiła się w beczce i wyciągnął ją Cygan, a ja miałem nogę
w dziurze między wagonami, i już wpadałem, już się osuwałem
w śmierć czarnego charakteru z Jamesa Bonda.
A teraz to konduktor
otworzył drzwi, tocząc butlę po klapach z metalu, do drugiego
wagonu, zaczepiając o te wszystkie rzeczy, które zawsze wystają,
i zamknął.
Walizki mi się
trochę uleżały. Zaraz będzie herbata. I klapki. I palce z
klapek (nie obudziłem się do końca - to przez spanie na walizkach).
Zawsze im wystają, tym kobietom, co wiozą termosy i proponują
napoje. Dostałem zafoliowane ciastko biszkoptowe. Podpierając
plecami stertę walizek, patrzyłem jej na stopy ale jak na
złość miała spodnie i pełne buty, więc pewnie to z klapkami
i palcami mi się przypomniało przez sen. Spałem słabo. Firanka
łopotała w oknie, które otwarłem bo bałem się uduszenia gazem.
Przeczytałem to w ulotce dołączonej do pojedynczego przedziału
sypialnego klasy pierwszej. Był tam uśmiechnięty dyrektor
kolei i taki rysunkowy złodziej w kaszkiecie i kraciastej
marynarce, jak facet, co gra na banjo w kapeli podwórkowej.
I ten dyrektor z fotografii (nie ten z telewizji - jakiś inny,
jeszcze na wolności) zapewniał o bezpieczeństwie, lecz prosił
o współpracę, żeby razem uderzyć stalową pięścią (i lakierkiem
kolejowym kopnąć) cwaniaczka w chudą, szpiczastą, złodziejską
dupę.
Zalecenia. Otwieraj
okno w nocy. Pozwól firance łopotać na wietrze, przy pełni
księżyca i gwiaździstym niebie. Nabaw się zapalenia ucha środkowego,
jeśli śpisz na boku. Zostaw wszystkie pieniądze i kosztowności
w kolejowym sejfie - w wielkim, ciężkim wagonie z szarej stali,
który jedzie na początku składu, żeby go bandyci nie mogli
opanować, jak dyliżansu na westernie. Jak nie masz pieniędzy
to przymknij drzwi, ale nie całkiem i nie na klucz (to nie
ma sensu bo złodziej ma klucz). Zostaw je otwarte, bo jak
pociąg będzie płonął kiedy będzie pożar, otwarte okna sprawią,
że zajmiesz się szybko, by po krótkiej ślepej walce w ostatnich
chwilach życia, spłonąć nieruchomo jak plastikowa lalka.
W związku ze wzrostem przestępczości znacznie ograniczono
liczbę osób z prawem posiadania klucza konduktorskiego, więc
straż nie będzie mogła wejść do środka. Nie będzie mogła ugasić
twoich płonących włosów, zalać pianą wszystkich twoich ubrań
w walizkach i łatwopalnych listów miłosnych, które wziąłeś
ze sobą w odruchu.
Jeśli zaś masz pieniądze, ale nie chcesz dać ich do sejfu,
nie śpij sam. Kolej przydzieli ci ochroniarza. Ochroniarz
- jeśli masz kabinę jednoosobową - śpi na łóżku. Tak ma w
statucie, że on śpi na łóżku, a Ty na jego karimacie i w śpiworze.
To po to by zmylić przestępcę, kiedy wtargnie i rzuci się
z nożem fińskim do gardła, które będzie chciał poderżnąć i
wprawnym ruchem odchylić głowę do tyłu, żeby krew nie zalała
ubrania, by wszystko co się da, spieniężyć. Ochroniarze, nawet
jak mają poderżnięte gardło, potrafią tak bez głowy obezwładnić
bandytę. Czytałem, że przeszczepiają im coś z kur, bo one
gonią po podwórku nawet po odrąbaniu głowy. Genetyka. W razie
zgłoszenia potrzeby ochroniarza, wypełnij załącznik B. W załączniku
B jest opisane jak przytwierdzić ochroniarzowi głowę do korpusu,
przykleić ją klejem, który znajduje się w prawej dolnej kieszeni
jego spodni i zapakować oba trupy do rozciągliwego worka z
lycry zamykanego na zamek błyskawiczny. Ten worek także znajduje
się w prawej dolnej kieszeni jego spodni.Kiedyś taki widziałem.
Miał wzorek w logo kolei.
Nie mogę otrząsnąć
się ze snu. Może to biszkoptowe ciastko, które zjadłem - taki
chemiczny posmak. No tak, zamiast cukru do herbaty wsypałem
sobie środek usypiający. Miał takie samo logo, jak cukier
i jak firanka w oknie. Zaraz znowu zasnę. To jest to co sugerowali
w ulotce. Bezpieczeństwo. Okolica jest nieciekawa. Miasto,
z którego wszyscy wyjechali i potem pola z ogrodzeniami, które
i tak nie zatrzymają szarańczy, która podobno szaleje w okolicy.
Obudzę się w nocy, obudzę się po ciemku. Będę myślał, że to
ta łopocząca firanka, że te względy bezpieczeństwa, że pełnia
księżyca, ale to nie będzie prawda - będę zbyt intensywnie
wyspany, bo zasnę rano zamiast w nocy. Nigdy mi się to nie
zdarzyło w dorosłym życiu. Boję się spać w dzień, boję się
tego co potem zrobię w nocy? Co będę robił po ciemku, przy
otwartym oknie, przy huczącym powietrzu odbijanym od słupów,
od ogrodzeń, od mostów. Nie będzie mi wygodnie marzyć o hotelu,
o widoku z okna (palma i morze) w prospekcie biura podróży,
który mam w walizce. Pociąg jest nocny, bo w nim w dzień się
śpi, więc zasypiam, z długą szyją w rozpiętej piżamie, ze
spoconą klatką piersiową, oddychającą ciężko. Na walizkach.
Przy otwartych drzwiach. Kurczowo.
***
Przeciąg i echo.
Pusta butla i noga. Z powrotem. Chyba wieczór. Musiała być
przed chwilą duża stacja bo jeszcze pali się światło. Już
wiem co mnie obudziło - sikanie. Herbata, otwarte okno i to
echo, bo musieli znowu otworzyć drzwi między wagonami, drzwi
do mojego wspomnienia i teraz ja muszę się tam wybrać, bo
tam jest ubikacja. Podłoga w korytarzu jest mokra i czuć ją
nieświeżą czystością. Lampka WC gaśnie. Ktoś opuścił pomieszczenie
- sprzątaczka z wiadrem. Soczysta szmata. Nawija ją na miotłę
i myje portrety zbrodniarzy w korytarzu. Przemykam na palcach,
rozpłaszczony pod ścianą, żeby tylko nie otrzeć się o jej
wypiętą dupę kiedy się pochyla. Ma tam podobno alarm. Niewiele
trzeba konduktorowi dyżurnemu do rozpoczęcia interwencji.
Muszę się odwrócić i przemknąć i dyskretnie zamknąć drzwi.
Dobrze że sedes w górze. Nie dotykać. Oprzeć się. Co za ulga.
Za to łomot tu gorszy niż gdzie indziej i chyba zimniej bo
paruje. Mokra sznurówka. W otwartym oknie nie ma firanki.
Wyleciały mi na zewnątrz prawie wszystkie ręczniki papierowe,
kiedy pociągnąłem za pierwszy. Trach! I fruną wzdłuż pędzącego
pociągu, a potem w ciszy.
Wyszedłem na korytarz, gdzie sprzątaczka poleruje złoczyńców,
mocno ich poleruje - ciekawe czy siłuje się po knajpach na
rękę? I nikogo. Chyba wszyscy posłodzili herbatę tym środkiem
nasennym. Nie jestem jeszcze wyspany. Jest zimno, nakryję
się marynarką i spróbuję zasnąć. Tracę okazję, żeby zobaczyć
małą stację, przez którą wolniej przejeżdżamy, ale tu chyba
nikogo nie ma.
***
Szamotanina
- potem krzyk. Blisko, choć wcześniej dalej. Może sen? Nie.
Nie śpię. Mam oczy szeroko otwarte i odbijają mi się w nich
światła czegoś co mijamy. Wychodzę na korytarz. Ciemno. Słyszę
drzwi kabiny obok, jak, otwarte na oścież, uderzają o ścianę.
Coś łopoce na wietrze, w przeciągu który wpada przez okno,
które denat też pewnie miał otwarte. Zaraz... Czemu od razu
denat? Dokąd jechał? Może nie denat? To ten co pytał. Wchodzę,
nie wiem czemu. Podobno zawsze tak ciągnie. Nikogo. Otwarte
okno, zgodnie z zaleceniami. Przejazd kolejowy. Światła. Widzę
walizkę - wybebeszona. Przez to wszystko huk, który towarzyszy
jeździe pociągu - mam wrażenie - wzmaga się. Przelatuje mi
przez głowę, tak jakby jedno moje ucho było tym otwartym oknem
z firanką, a drugie otwartymi drzwiami (w razie pożaru). O
nie, muszę wrócić do siebie. Nic tu po mnie. Zamknę tylko
drzwi, żeby tak nie waliły. Albo nie! Zostawię. Coś toczy
się po podłodze. Światła. Uderzyło o ścianę. Chyba przejeżdżamy
przez duże miasto. Światła. Puste butelki. Podnoszę jedną
i przysuwam się do okna w kabinie. Światła. Traubisoda.
Tutaj? Jechałem
kiedyś nad Balaton i mój wujek co budował piece, chciał, żeby
mu to przywieźć. Rozmarzał się kiedy wspominał. Taki dobry,
bardzo dobry napój gazowany, w skrzynkach, w sklepach, w upały.
Kiedy wróciłem okazało się, że umarł i właśnie jest pogrzeb.
Byłbym już zapomniał gdyby nie to teraz.
W znieruchomieniu,
przez odgłos pociągu i pustych butelek usłyszałem jeden krok.
Konduktor. Inny, pewnie w dzień wymienili załogę. Na czapce
lampka na gumce. Większa, podobna do tej jaką noszą górnicy.
Na materacu widzę teraz coś, co wziąłem wcześniej za cień
poduszki. Na materacu jest ciemna plama krwi.
- Świetnie, że pan tu jest. Zbrodzień - proszę pana - uciekł,
ale jest tu gdzieś. Pociąg się nie zatrzymuje. Drzwi zablokowane,
a pan musi mi pomóc bo te braki kadrowe - sam pan rozumie,
musi mi pan pomóc dla dobra i bezpieczeństwa reszty pasażerów.
- Co mam robić? - spytałem zadowolony, że nie wziął mnie za
mordercę
- Niech pan tu zostanie, nie rusza się i nie opuszcza przedziału,
a jakby ktoś chciał wejść to oślepiać światłem z lampki i
krzyczeć głośno "Precz!". Tu pan ma czapkę z lampką
- ja muszę kupę i zaraz wracam.
- Nie ma już ręczników papierowych. A Gdzie jest pana kolega?
Ten co był wcześniej? - zapytałem wychylając się za nim na
korytarz.
- Przeziębił się. Wziął prysznic i niewytarty - wie pan -
mokry, poszedł do lodówki po napój gazowany. Zawiało go. Pan
wybaczy, muszę lecieć. Nie szkodzi. Proszę się nie dziwić,
że będę gwizdał. Ktoś zepsuł zamek i światełko, a mamy tu
taką procedurę, że wtedy trzeba gwizdać w ubikacji albo nucić.
Później to panu wytłumaczę.
No i uciekł, uciekł łysy w głąb korytarza, ściskając pośladki.
Z lampką na głowie i pustą butelką w ręce, w konduktorskiej
czapce jest mi teraz nieprzyjemnie ciepło. Spociła mu się
głowa pod tą czapką. Pewnie biegł. Nawet nie słyszę jak gwiżdże.
Jak mam zresztą słyszeć w tym hałasie? Za to pociąg ciagle
przyspiesza.
Stanąłem w drzwiach
plecami do przedziału, żeby nie patrzeć do środka, żeby tarasować
całym sobą wejście. Snop światła z lampki na czapce padł na
ścianę korytarza. Na fotografię tego gościa, co jest tak łudząco
podobny do mnie. Miał tasiemkę, miał czarną aksamitną tasiemkę
w rogu, że zabity, że wyeliminowany z gry. Upuściłem pustą
butelkę. Teraz nie ma czarnej tasiemki! Pewnie sprzątaczka
zmyła. Może byle jak przykleili bo podobno niedawno zdjęli.
Coraz szybciej jedziemy. Po co konduktor jakoś tak dziwnie...
Dlaczego dał mi lampkę i poszedł? Widział! Po to ta lampka.
Widział, tego gościa na fotografii, że on jednak nie jest
zabity, że wrócił. I wie że to ja. Nawet jeśli to nie ja,
to on wie. Dałem się podejść - pewnie coś w tym niby słodziku
nasennym - ociężałe myślenie. Muszę uciekać. Zostawić wszystko.
Prawo jest bezwzględne. Jeśli uciekam mogą mnie zabić. Jak
nie uciekam to też mogą. Otworzą drzwi i wyrzucą z pociągu.
Z dużą prędkością przetnie mnie na pół słup trakcyjny albo
zmiażdży mi głowę, albo uderzy w nogi i wrzuci z pędem pod
koła pociągu, które już zrobią swoje. Czerwone sandałki. Trzeba
uciekać z pociągu - wyskoczyć w biegu, bo jak sam nie wyskoczę
to mnie wyrzucą. Uciekać w drugą stronę. Tamten pobiegł do
czoła pociągu, przez wagony nieznane mi bliżej, do przedziału
obronnego, po posiłki. Pewnie tak. Biec w przeciwnym kierunku.
Czy taki sypialny jak mój jest tylko jeden? Może jeszcze gdzie
indziej są podobizny? Zaraz! Zdjąłem lampkę z czapki i założyłem
bezpośrednio na głowie. Przecież mogę przykleić ten pasek.
Tupot nóg. Nie. Trzeba wiać!
***
Uciekałem w
tył pociągu. Byle dalej od lokomotywy i konduktora, który
pewnie nadciągał z ochroniarzami. Bałem się przejść międzywagonowych
ale powieki się przydają. Ciemność też. Leciałem jak szalony,
z każdym wagonem szybciej, choć pociąg zdawał się nie mieć
końca. Pewnie z powodu długości nie zatrzymuje się na małych
stacjach. Przez korytarze, tuż obok śpiących ludzi w przedziałach
z otwartymi drzwiami i bez drzwi i potem przez wagony pełne
pasiastych materacy i skołtunionych prześcieradeł z rdzawymi
plamami. Ledwo dobrnąłem do ostatniego. Wagon pocztowy. Dla
odmiany cały rozświetlony tak mocno, że światło mnie oślepiło
i zatrzymałem się. Przemogłem tępy impuls, żeby ukryć się
pod stertą paczek i listów. Trochę mi w tym pomógł fakt, że
jedna paczka była rozerwana i pełna listów gończych z moją
podobizną. Pojedyncze drzwi z tyłu. Oczywiście zablokowane.
Duża szyba. Że też nie zabrałem tamtej grubej butelki. Są
coraz bliżej. Zdjąłem lampkę i z rozmachem uderzyłem głową
w szybę. Rozpadła się z wielkim hukiem i strużką ciepła zatrzymaną
na chwilę na górnej wardze. Przeciąg. Listy gończe z moją
podobizną zaczęły wylatywać z paczki przez rozbite okno, jak
wtedy ręczniki, całymi seriami, jak papierowe samoloty wystrzeliwane
z karabinu. Ktoś w drzwiach po drugiej stronie złożył się
do strzału.
* * *
Po raz pierwszy
w życiu zamknąłem oczy skacząc przez okno. Skakanie z zamkniętymi
oczami na uciekające tory boli, rani łokcie, zdziera skórę,
pomaga zwichnąć stopę i rozbija lampkę w wykręcanej ręce.
Wszystko na raz. Jest ciemno, nie licząc listów gończych,
które walają się po torowisku, małe plamy jaskrawego światła,
albo szybują kołysząc się z lewa na prawo, opadając powoli.
Gdzieś tam za mną jest duże miasto, przez które przejeżdżał
pociąg. Po obu stronach toru las. Jest zimno, a ja stoję w
piżamie z rozbitą głową i kawałkami szyby we włosach. Dobrze,
że mam chociaż jeden but. Drugim gdzieś o coś zaczepiłem przy
skakaniu. Nie mam szczęścia do obuwia w pociągu.
Nazbierałem
garść listów gończych, żeby sobie oświetlić drogę. I tak idę
teraz w jednym bucie, po torach, przez las, z rękami pełnymi
światła z papieru. Na razie mi się podoba.