Za
ścianą pika elektroniczny budzik. To pewnie budzik inżyniera.
Coś wczoraj mówił między jednym papierosem, a drugim, że wcześnie
wstaje, bo tak już ma i że mi to też przyjdzie z wiekiem. "Nie,
mnie nie budzić - ja wstaję o 7:30. Tak, może Pan hałasować
bo ja mam mocny sen". Pewnie za trzecim razem nie będę
już słyszał jego budzika. A więc pewnie jest piąta. A może nastawił
wcześniej, żeby się rozgrzać bo mu zimno było wieczorem, bo
podobno ogrzewanie nie działa, chociaż ja mówiłem, że działa,
tylko trzeba wejść do pokoju o odpowiedniej godzinie, znaczy
kiedy nadejdzie czas. No chyba żeby rzeczywiście nie działało.
Ale ja powinienem jeszcze spać. Grzejnik świeci na czerwono,
znaczy czas jeszcze nie nadszedł. A może nie było prądu i wszystko
się rozregulowało? Ogrzewanie, jego budzik i radio, które jest
moim budzikiem. Cyfry powinny migać. Nie migają, chyba. Jest
za daleko. Patrzę za to bliżej i na podłodze, na środku pokoju,
coś błyszczy na srebrno. To bardzo wypolerowany tasak kuchenny.
Mimo, że jest tu zupełnie ciemno, a za oknami jest czarna mgła,
on świeci takim zimnym, jasnym światłem. Nie wiem skąd się tu
wziął, przecież się zamknąłem. Może nocą inżynier przeszukiwał
co jest w kuchennych szafkach, które podobno pełne były zgniłych
jabłek, całych czarnych.
Trzeba podnieść ten tasak z podłogi bo wszystkich pobudzi, zwłaszcza,
że po drugiej stronie drzwi coraz głośniej chodzi inżynier.
Otwiera jakieś pokrywy, które może odkrył pod starą boazerią.
Oni widzą więcej. Odgłosy są takie jakby w wydrążonych ścianach
była ukryta ciężka maszyneria. Wielkie koła zamachowe i pasy
transmisyjne i wielkie tryby, jak na tym filmie. Inżynier pewnie
je odkrył i postanowił przesmarować rano. Tasak jest już w ręce.
Trochę przestał świecić, za to ja zacząłem się bać, co będzie
jak teraz wejdzie inżynier. Zobaczy mnie z tasakiem w ręku i
postanowi interweniować.
Chowam tasak za łóżko, gdzie opada z metalicznym brzękiem (tak
jakby ich tam już było kilkanaście) i gaśnie. Spróbuję zasnąć.
Słyszę dudnienie za ścianą. Inżynier chyba uruchomił maszynę.
Poza tym, coś jest nie tak z radiem. Cyfry na wyświetlaczu zawsze
są zielone. Tym razem są jakby większe i czerwone. Zrobione
ze starych diod. Godzina 7:71. Już od kilku miesięcy miałem
wrażenie, że nocą, kiedy nie widzę, to radio zaczyna wyświetlać
dziwne rzeczy zamiast godzin. Patrzę jeszcze raz. Cyfry zaczęły
zmieniać kolor ale jednocześnie gasną, jakby zanikają. To samo
dzieje się z czerwoną poświatą od pieca. Trzeba zapalić kinkiet.
Sięgam ręką nad głowę, gdzie powinien być sznureczek od kinkietu
i ciągnę. W tym momencie przypominam sobie, że przecież nie
mam nad łóżkiem kinkietu. Kiedy się odwracam, zauważam na moment,
że kinkiet, który zapaliłem to ten, który miałem nad łóżkiem
w swoim pokoju, kiedy byłem jeszcze w podstawówce. W tym momencie
gaśnie wszystko, ktoś przekręca klucz w zamku i do pokoju wchodzi
inżynier z jakimś facetem w zielonym kombinezonie. "Tak...
to przekaźniki. Z tym zawsze kłopot. Niech Pan patrzy."
Świeci latarką, w pobliżu której krąży pełno małych owadów,
jakby rzecz się działa nad jeziorem. W świetle latarki widać,
że po powierzchni moich ścian biegną kilometry gęsto upakowanych
kabli wysokiego napięcia. Prawdziwy labirynt. Są tylko lekko
zamalowane białą farbą. Dziwie się, jak mogłem dotąd myśleć,
że mam białe, gładkie ściany. Przecież tu wszędzie jest pełno
kabli. Zaraz będzie OK. Inżynier z tym drugim chyba wiedzą co
robią bo wkładają śrubokręt w ścianę. To na razie. Gaszą latarkę.
Nie wiem czy wyszli - chyba tak. Patrzę na radio - jest ósma
czterdzieści. Spóźniłem się do pracy, ale z drugiej strony dlaczego
jest tak ciemno? Może jest szósta? Za ścianą, tam gdzie śpi
inżynier, pika elektroniczny budzik. Znaczy jest chyba piąta
albo szósta. Przewrócenie się na drugi bok sprawia, że nie słyszę
już budzika, za to słyszę jak woda się leje w łazience. Wszystko
chyba wraca do normy, ale na drugi raz muszę mu powiedzieć,
żeby nie grzebał pod boazerią. Ciekawe, czy jak się obudzę to
ściany będą gładkie.