Podjechał ten
gorszy autobus. Linia S-5. Miał kiedyś na burcie logo największego
w aglomeracji hipermarketu. Nie powiem jakiego, bo tak sobie
załatwili ich prawnicy (a z ich prawnikami żartów nie ma,
jak mówią moi znajomi, którym noszę herbatę i papierosy. Nie
powiem co jeszcze, bo z nimi, jak już trochę odsiedzieli i
są wytatuowani, też żartów nie ma). W każdym razie miał logo
znanej sieci. Każdy tam kupował. Teraz nie ma już logo. Autobus
jest na czarno z zewnątrz, choć siedzenia w środku są zwykłe,
z czerwonego skaju. Kierowca ma w swojej kabinie gołą babę
kochankę i matkę boską. Podobno obie z Częstochowy. Jest jeszcze
lepszy autobus, nowszy i bardziej sprawny, ale pewnie się
zepsuł. Dziś i tak mi wszystko jedno.
Jadę na duży
cmentarz, gdzie można spotkać zmaterializowane duchy. Trudno
się dowiedzieć kto duch, a kto nie, zwłaszcza kiedy na przykład
idziesz na cmentarz z bratem jego nieżyjącego bliźniaka, a
zawsze ich myliłeś. Może być różnie. Problem ze zmaterializowanymi
duchami polega na tym, że nie mówią, gdzie leżą, choć o to
zawsze wszyscy pytają.
Ten lepszy autobus
ma złoty napis: "Duży Cmentarz". Tym razem dopadli
ich pewnie obrońcy czystości języka. Ma jeszcze firaneczki.
Białe, falbaniaste i z krzyżykami. Zawsze mi się wtedy przypomina
jak mi kolega opowiadał, że w jego zakładzie, który produkuje
świece i dewocjonalia (w Częstochowie) zwolnili dyscyplinarnie
pewnego zatrudnionego na czarno Rosjanina bo, jak on to określił,
zajebał trzydzieści "Jezu Ufam Tobie". Asortyment
takich obrazków. Do sklepów.
To jest jednak
ten gorszy autobus. Tu firanek i napisów nie ma, bo jest zastępczy,
awaryjny. Za to w dach, jak piorunochron, wkręcony jest czarny
metalowy krzyż, taki jak na najtańszych grobach jest wbity
w ziemię jak łom, więc czasem sobie niechcący wyobrażam, że
może wbity jest w trumnę żeby się lepiej trzymał. I w czoło.
Kierowca włączył
nam radio, w którym jakiś zapomniany piosenkarz zapalczywie
krytykował nowy reality show. Przez ten krzyż musieliśmy jechać
okrężną trasą bo autobus raz już nim zerwał trakcję na niestrzeżonym
przejeździe kolejowym w centrum miasta i kierowca zginął na
miejscu. Po tym wypadku chcieli krzyż zdemontować, ale w MZK
powołano komitet jego obrony, a proboszcz w niedzielę mówił,
że krzyż nie powinien być przedmiotem targów, czym dostarczył
argumentów wszystkim stronom sporu. W końcu kupiono nowy autobus,
a ten jest jako awaryjny. Ale nowy, mimo że sprawniejszy,
ciągle się psuje. Podobno części brak. Nie wiem zresztą.
Właśnie. Ten
autobus woził kiedyś ludzi do hipermarketu. Teraz wozi odwiedzających
cmentarz, który jest dokładnie w tym samym miejscu i to jest
obecnie największy cmentarz w aglomeracji. W pewną sobotę,
dwa lata temu w sobotę, wyjątkową jeszcze, bo ostatnią przedświąteczną,
była eksplozja. Do dziś nie wiadomo jak to się stało i dlaczego?
Podobno sprawcą był jakiś krawiec. Chciał zabić kochanka swojej
żony, ochroniarza z hipermarketu. Zdradzała go w trakcie zakupów,
w pobliżu stoiska z tekstyliami, na zapleczu. Sam też zginął.
Razem ze wszystkim. Choć ja właściwie nie wiem. Tak mówią.
A ludzie mówią różne rzeczy. Sami albo przez czasopisma.
Cały hipermarket
jakby zapadł się pod ziemię, na przerażone głowy. Fachowa
robota. W mgnieniu oka poszło wszystko - bo tlen, bo media,
bo butle gazowe na stoiskach, gdzie demonstrowano naleśniki
w proszku, patelnie teflonowe, kluski na parze, kawy, wędliny
do smażenia, grille. Straż nie dała rady nikogo uratować -
nawet z helikoptera. Karetki wracały puste na sygnale. W minucie
ciszy.
Nie wiem ile
dokładnie było ofiar, ale po osiedlu chodzi kawał, że 999
i 99 groszy. Ludzie nie mają szacunku dla zmarłych - sami
albo przez czasopisma.
Potem zaczęto
grzebać w pogorzelisku, ale wszystko było tak zwęglone, zmiażdżone,
spalone, że nic. Najbardziej obok byłego stoiska z artykułami
do grillowania - półkach z rozpałką i brykietami. Wiem, bo
szef mojego (tego co mówiłem) kolegi, miał ponoć plan opanowania
rynku rozpałki do grilla bo robił świece do nabożeństwa, a
to jest podobno podobny materiał. Pali się elegancko - w każdym
razie tak się wyraził. No i nie dało się zidentyfikować zwłok.
Było to niemożliwe, choć możliwe, że nie było na to środków.
Radni stwierdzili, że szkoda miejsca, a głupio odbudowywać
tu ten sklep.
Postanowiono,
że w tym miejscu będzie wielki cmentarz. Infrastruktura jest
odpowiednia. Parking, skrzyżowanie ze światłami, no i autobusy
linii specjalnej. Nawet ogrodzenie zostało w stanie nienaruszonym,
bo było z siatki i wybuch go jakoś nie przewrócił. Tylko flagi
się podarły na masztach i poczerniały podobno od razu. Zostawili
tak bo całkiem ładnie to wygląda. Memento, jak to ujął lokalny
poseł na otwarciu. Czytałem w lokalnym dodatku.
I tak jechałem
autobusem awaryjnym z reklamówką pełną zniczy. W radiu kierowcy
leciała piosenka tego zapomnianego piosenkarza, co krytykował
reality show, więc sobie wtedy przypomniałem kto to był, ale
nie pamiętam teraz. Nieważne.
Trzymałem reklamówkę
za dolną część bo się bałem, że puści, że mi się znicze wysypią
i potłuką. Szedł obok mnie jakiś facet, ale nie pytałem gdzie
leży. Chyba nie był zmaterializowanym duchem. Zresztą jak
już mówiłem, nie odpowiadają na to pytanie nigdy, a problem
jest, bo jak już się okazało, że nie da się zidentyfikować
zwłok to jedyne co się dało to je szacunkowo policzyć. Znaczy
szczątki. I tak według statystyki i rachunków w połączeniu
z planem hipermarketu, ustalono w przybliżeniu na jakim stoisku
zginęło ile osób. Zawsze to coś, bo przynajmniej można przypuszczać,
zawęzić obszar prawdopodobnego wiecznego spoczynku. Jak ktoś
był na przykład wegetarianinem to pewnie nie umarł przy stoisku
mięsnym. Tak to działa. I takie są tabliczki, niewiele się
różnią od tamtych, oryginalnych. Kolorem i trwalszym materiałem,
bo przecież nie ma już dachu ani ścian.
Cmentarz to
wielki plac z wylewką i symbolicznymi grobami. Mięso, tekstylia,
przyprawy, słodycze, czasopisma, alkohole. Najwięcej krzyży
i zniczy jest na stoisku mięsnym. Potem na alkoholowym, przy
spirytusie. No tak. Gorzej jest na stoisku ze świerszczykami.
Tam podobno też zginęło parę osób, ale mało kto stawia znicze.
Zwłaszcza kobiety, znaczy wdowy. Boją się. Było o tym na kazaniu,
że macie teraz kobiety, żony mężów, co byli amatorami porno.
I co? Normalnie powiedzieliby że ksiądz dyskryminuje - grzmiał
ksiądz - a tak to sami się załatwili bo ich Bóg pokarał bo
ich szatan skusił do oglądania nagich kobiet - normalnie albo
przez czasopisma.
Swoją drogą znicze musiałem kupić gdzie indziej. Był taki
projekt, że przynajmniej jedno stoisko zostanie, gdzie będą
kwiaty, świece i znicze właśnie. Wiem o tym od mojego znajomego
z Częstochowy, bo jego szef chciał, jak się wyraził, wejść
w ten biznes. Projekt padł. I teraz trzeba przynosić znicze
skądinąd.
Szedłem prosto.
Prosto dziarskim skrzypiącym krokiem jak nie wypada cywilowi
na cmentarzu, wyznaczoną aleją, wśród równo ustawionych krzyży.
Kiedy stanąłem na stoisku ze świerszczykami wyjąłem i ułożyłem
swoje znicze, jeden przy drugim, w rządkach, jak szachy. Zauważyłem
wtedy, że znicze są z Częstochowy, ale nie z firmy mojego
kolegi.
Podeszli do
mnie obaj. On i jego brat bliźniak. Nigdy nie rozróżniałem.
Może tu zginął? Nie ma co pytać. Zaszli mnie od tyłu i położyli
symetrycznie ręce na moich ramionach, każdy jedną.
- Lepiej tego nie rób kolego! - powiedzieli razem, a ich głosy
były trudne do rozróżnienia. Wtedy sięgnąłem do kieszeni i
okazało się, że zapomniałem zapałek. A więc plan nie wypali.
Przynajmniej nie tak jak chciałem. Ludzie zauważyli całą scenkę.
Już patrzyli, już kręcili do siebie głowami. Pomyślałem sobie,
że może tak to zostawię, będzie większe pole do interpretacji.
Chyba tak nawet lepiej, i tak zrobię wrażenie - normalnie
albo przez czasopisma. Było w tym coś z eksperymentu, wyciągnąłem
pistolet, i żeby nie uszkodzić bliźniaków, ostrożnie się zastrzeliłem.