[mhkm] > księga > autorskie > MONTAGBOOK > TRANSPORT
> Życie na cmenatrzu
  yahoo - forum dyskusyjne - menel
 
  Michał "Montag" Prochownik

Życie na cmentarzu

    
 

Podjechał ten gorszy autobus. Linia S-5. Miał kiedyś na burcie logo największego w aglomeracji hipermarketu. Nie powiem jakiego, bo tak sobie załatwili ich prawnicy (a z ich prawnikami żartów nie ma, jak mówią moi znajomi, którym noszę herbatę i papierosy. Nie powiem co jeszcze, bo z nimi, jak już trochę odsiedzieli i są wytatuowani, też żartów nie ma). W każdym razie miał logo znanej sieci. Każdy tam kupował. Teraz nie ma już logo. Autobus jest na czarno z zewnątrz, choć siedzenia w środku są zwykłe, z czerwonego skaju. Kierowca ma w swojej kabinie gołą babę kochankę i matkę boską. Podobno obie z Częstochowy. Jest jeszcze lepszy autobus, nowszy i bardziej sprawny, ale pewnie się zepsuł. Dziś i tak mi wszystko jedno.

Jadę na duży cmentarz, gdzie można spotkać zmaterializowane duchy. Trudno się dowiedzieć kto duch, a kto nie, zwłaszcza kiedy na przykład idziesz na cmentarz z bratem jego nieżyjącego bliźniaka, a zawsze ich myliłeś. Może być różnie. Problem ze zmaterializowanymi duchami polega na tym, że nie mówią, gdzie leżą, choć o to zawsze wszyscy pytają.

Ten lepszy autobus ma złoty napis: "Duży Cmentarz". Tym razem dopadli ich pewnie obrońcy czystości języka. Ma jeszcze firaneczki. Białe, falbaniaste i z krzyżykami. Zawsze mi się wtedy przypomina jak mi kolega opowiadał, że w jego zakładzie, który produkuje świece i dewocjonalia (w Częstochowie) zwolnili dyscyplinarnie pewnego zatrudnionego na czarno Rosjanina bo, jak on to określił, zajebał trzydzieści "Jezu Ufam Tobie". Asortyment takich obrazków. Do sklepów.

To jest jednak ten gorszy autobus. Tu firanek i napisów nie ma, bo jest zastępczy, awaryjny. Za to w dach, jak piorunochron, wkręcony jest czarny metalowy krzyż, taki jak na najtańszych grobach jest wbity w ziemię jak łom, więc czasem sobie niechcący wyobrażam, że może wbity jest w trumnę żeby się lepiej trzymał. I w czoło.

Kierowca włączył nam radio, w którym jakiś zapomniany piosenkarz zapalczywie krytykował nowy reality show. Przez ten krzyż musieliśmy jechać okrężną trasą bo autobus raz już nim zerwał trakcję na niestrzeżonym przejeździe kolejowym w centrum miasta i kierowca zginął na miejscu. Po tym wypadku chcieli krzyż zdemontować, ale w MZK powołano komitet jego obrony, a proboszcz w niedzielę mówił, że krzyż nie powinien być przedmiotem targów, czym dostarczył argumentów wszystkim stronom sporu. W końcu kupiono nowy autobus, a ten jest jako awaryjny. Ale nowy, mimo że sprawniejszy, ciągle się psuje. Podobno części brak. Nie wiem zresztą.

Właśnie. Ten autobus woził kiedyś ludzi do hipermarketu. Teraz wozi odwiedzających cmentarz, który jest dokładnie w tym samym miejscu i to jest obecnie największy cmentarz w aglomeracji. W pewną sobotę, dwa lata temu w sobotę, wyjątkową jeszcze, bo ostatnią przedświąteczną, była eksplozja. Do dziś nie wiadomo jak to się stało i dlaczego? Podobno sprawcą był jakiś krawiec. Chciał zabić kochanka swojej żony, ochroniarza z hipermarketu. Zdradzała go w trakcie zakupów, w pobliżu stoiska z tekstyliami, na zapleczu. Sam też zginął. Razem ze wszystkim. Choć ja właściwie nie wiem. Tak mówią. A ludzie mówią różne rzeczy. Sami albo przez czasopisma.

Cały hipermarket jakby zapadł się pod ziemię, na przerażone głowy. Fachowa robota. W mgnieniu oka poszło wszystko - bo tlen, bo media, bo butle gazowe na stoiskach, gdzie demonstrowano naleśniki w proszku, patelnie teflonowe, kluski na parze, kawy, wędliny do smażenia, grille. Straż nie dała rady nikogo uratować - nawet z helikoptera. Karetki wracały puste na sygnale. W minucie ciszy.

Nie wiem ile dokładnie było ofiar, ale po osiedlu chodzi kawał, że 999 i 99 groszy. Ludzie nie mają szacunku dla zmarłych - sami albo przez czasopisma.

Potem zaczęto grzebać w pogorzelisku, ale wszystko było tak zwęglone, zmiażdżone, spalone, że nic. Najbardziej obok byłego stoiska z artykułami do grillowania - półkach z rozpałką i brykietami. Wiem, bo szef mojego (tego co mówiłem) kolegi, miał ponoć plan opanowania rynku rozpałki do grilla bo robił świece do nabożeństwa, a to jest podobno podobny materiał. Pali się elegancko - w każdym razie tak się wyraził. No i nie dało się zidentyfikować zwłok. Było to niemożliwe, choć możliwe, że nie było na to środków. Radni stwierdzili, że szkoda miejsca, a głupio odbudowywać tu ten sklep.

Postanowiono, że w tym miejscu będzie wielki cmentarz. Infrastruktura jest odpowiednia. Parking, skrzyżowanie ze światłami, no i autobusy linii specjalnej. Nawet ogrodzenie zostało w stanie nienaruszonym, bo było z siatki i wybuch go jakoś nie przewrócił. Tylko flagi się podarły na masztach i poczerniały podobno od razu. Zostawili tak bo całkiem ładnie to wygląda. Memento, jak to ujął lokalny poseł na otwarciu. Czytałem w lokalnym dodatku.

I tak jechałem autobusem awaryjnym z reklamówką pełną zniczy. W radiu kierowcy leciała piosenka tego zapomnianego piosenkarza, co krytykował reality show, więc sobie wtedy przypomniałem kto to był, ale nie pamiętam teraz. Nieważne.

Trzymałem reklamówkę za dolną część bo się bałem, że puści, że mi się znicze wysypią i potłuką. Szedł obok mnie jakiś facet, ale nie pytałem gdzie leży. Chyba nie był zmaterializowanym duchem. Zresztą jak już mówiłem, nie odpowiadają na to pytanie nigdy, a problem jest, bo jak już się okazało, że nie da się zidentyfikować zwłok to jedyne co się dało to je szacunkowo policzyć. Znaczy szczątki. I tak według statystyki i rachunków w połączeniu z planem hipermarketu, ustalono w przybliżeniu na jakim stoisku zginęło ile osób. Zawsze to coś, bo przynajmniej można przypuszczać, zawęzić obszar prawdopodobnego wiecznego spoczynku. Jak ktoś był na przykład wegetarianinem to pewnie nie umarł przy stoisku mięsnym. Tak to działa. I takie są tabliczki, niewiele się różnią od tamtych, oryginalnych. Kolorem i trwalszym materiałem, bo przecież nie ma już dachu ani ścian.

Cmentarz to wielki plac z wylewką i symbolicznymi grobami. Mięso, tekstylia, przyprawy, słodycze, czasopisma, alkohole. Najwięcej krzyży i zniczy jest na stoisku mięsnym. Potem na alkoholowym, przy spirytusie. No tak. Gorzej jest na stoisku ze świerszczykami. Tam podobno też zginęło parę osób, ale mało kto stawia znicze. Zwłaszcza kobiety, znaczy wdowy. Boją się. Było o tym na kazaniu, że macie teraz kobiety, żony mężów, co byli amatorami porno. I co? Normalnie powiedzieliby że ksiądz dyskryminuje - grzmiał ksiądz - a tak to sami się załatwili bo ich Bóg pokarał bo ich szatan skusił do oglądania nagich kobiet - normalnie albo przez czasopisma.

Swoją drogą znicze musiałem kupić gdzie indziej. Był taki projekt, że przynajmniej jedno stoisko zostanie, gdzie będą kwiaty, świece i znicze właśnie. Wiem o tym od mojego znajomego z Częstochowy, bo jego szef chciał, jak się wyraził, wejść w ten biznes. Projekt padł. I teraz trzeba przynosić znicze skądinąd.

Szedłem prosto. Prosto dziarskim skrzypiącym krokiem jak nie wypada cywilowi na cmentarzu, wyznaczoną aleją, wśród równo ustawionych krzyży. Kiedy stanąłem na stoisku ze świerszczykami wyjąłem i ułożyłem swoje znicze, jeden przy drugim, w rządkach, jak szachy. Zauważyłem wtedy, że znicze są z Częstochowy, ale nie z firmy mojego kolegi.

Podeszli do mnie obaj. On i jego brat bliźniak. Nigdy nie rozróżniałem. Może tu zginął? Nie ma co pytać. Zaszli mnie od tyłu i położyli symetrycznie ręce na moich ramionach, każdy jedną.
- Lepiej tego nie rób kolego! - powiedzieli razem, a ich głosy były trudne do rozróżnienia. Wtedy sięgnąłem do kieszeni i okazało się, że zapomniałem zapałek. A więc plan nie wypali. Przynajmniej nie tak jak chciałem. Ludzie zauważyli całą scenkę. Już patrzyli, już kręcili do siebie głowami. Pomyślałem sobie, że może tak to zostawię, będzie większe pole do interpretacji. Chyba tak nawet lepiej, i tak zrobię wrażenie - normalnie albo przez czasopisma. Było w tym coś z eksperymentu, wyciągnąłem pistolet, i żeby nie uszkodzić bliźniaków, ostrożnie się zastrzeliłem.

2003 / marzec - wrzesień