Ciocia jest
bardzo znerwicowana. Ciocia mieszka tuż obok, jest gruba i
ma niemodną kremową bluzkę ze złotymi guziczkami u góry, trwałą
i inne tego typu atrybuty. Ma w Niemczech syna, który ma wąsy
i nazywa się Piotruś. Wtedy zobaczyła mnie w tych niebieskich
spodniach ze szpilkami regulacyjnymi w nogawkach. Tymi szpilkami
niestety nie da się uregulować mojej cieknącej i hałaśliwej
lodówki, w której przelewa się coś co jest podobne do płynu
rdzeniowego. Wypływa z lodówki i przezroczystymi przewodami
opływa cały dom, spływając do prostopadłościennego pionowego
akwarium, gdzie się zbiera. Zostawiam mieszkanie, wychodzę.
Między płotami z drewna, których końce zabarwione są na świeżo-czerwono
(z zaciekami) - spotykam Ciocię. Wtedy właśnie Ciocia i te
niebieskie spodnie. Chodziło jej o coś co miało miejsce w
dzieciństwie. Że niby ja i jej syn o coś się pokłóciliśmy
i ja jemu coś, albo on mnie. Wtedy uciekłem, a wieczorem siedzieliśmy
w domu po ciemku i kiedy nikt nikogo nie widział, podjęliśmy
decyzję, że trzeba ją zawieźć do syna, który mieszka w Niemczech.
Do Münster. Idziemy rano do Münster.
Otwieramy drzwi,
białe, przeszklone i wchodzimy do ciemnego holu. Po bokach
zwisają ciężkie kable, może zaraz zmiażdży nas zjeżdżająca
z góry winda. Musimy się spieszyć. Zbiegamy po mokrej podłodze
z grubej, czarnej, karbowanej w przeciwpoślizgową szachownicę
blachy. Robi się coraz ciemniej i coraz intensywniejszy staje
się portowy zapach ryb i zęzy. Otwiera się zasuwana, ciężka
brama i wpada trochę zmatowionego, chłodnego, niebieskawego
światła. W oczy bucha nam zapach morza przemieszany z wcześniejszym.
Piotruś staje w smudze światła. Jest wielkim chłopem z kędzierzawymi,
czarno-mokrymi włosami opadającymi na ramiona. Pod sumiastym
wąsem błyszczą wielkie białe zęby. Ciocia wpada w panikę,
bo nie może znaleźć chusteczki aby otrzeć łzy wzruszenia.
Jednak Piotruś pogania mówiąc, "Spieszmy się, musimy
dotrzeć dzisiaj do Münster". Brama rozsuwa się na
całego i widać ogromne stalowo-szare morze. Przez środek biegnie
ten mokry chodnik z czarnej blachy. Aż do końca horyzontu
widać jego ciemną smugę, w dokładnej prostej perspektywie.
W jego pobliżu woda jest blado-miedziana. Dalej chodnik jest
nieco szerszy, wcinają się w niego dziobami setki różnego
rozmiaru okrętów i statków. Wygląda to tak, że blacha okala
ich kadłuby jakby była krą, która wokół utworzyła się z wody
pod wpływem stalowego deszczu i nagłego ataku mrozu. Mniejsze
statki są w niej całkowicie zamknięte. Od czasu do czasu jakiś
człowiek ubrany na mokro-szaro, w robotniczym uniformie podnosi
część naszego chodnika, która nagle okazuje się kwadratową
klapą metr na metr, wychodzi i zaczyna oblewać zablokowany
w blasze statek rdzawą wodą z gumowego węża.
Uważajcie, uważajcie... ostrzega Piotruś. Brzydkie, wylewające
się ze starych musztardowych czółenek stopy Cioci, drobią
w panice po mokrej blasze, tak jakby to rzeczywiście był lód,
ale na przystanku przed uciekającym autobusem. Z nieba na
końcu horyzontu wyłaniają się kłęby mgły, zza których prześwitują
małe żółte światełka. Może to okna wielkich bloków, może jedna
wielka ściana jakiegoś iluminowanego barbakanu? Chodnik zmienia
się nieco. Teraz środkiem biegną całkowicie zrośnięte z blachą
statki, ustawione wzdłuż - równolegle, w dwa rzędy. Idziemy
skrajem. Czuję rybny zapach szaro-stalowo-miedzianej wody.
"Do Münster!!!" - pokrzykuje ktoś z tyłu -
"Idziemy do Münster!!!" Ciocia jest ciekawa
jak jest w Münster. - "Czy to Münster? Tam
daleko, te światła za mgłą, te wielkie bloki?".
- "Idziemy do Münster!" - twierdząco odpowiada
Piotruś. Musimy się spieszyć. Potem odwiozę was do drzwi.
Człowiek z wężem wychyla się nagle spod klapy przed nogami
Cioci. Ciocia piszczy. Otwarte za szeroko usta, widać ten
drgający języczek. "On chciał nam pomachać. Idziemy do
Münster!". Piotruś łapie Ciocię za pulchną dłoń.
Ogrodzenie z
prętów blokuje nam przejście. Kunsztownie wykonana brama.
Stalowy płot ciągnie się przez całe morze i przez chodnik.
Aż do końca widoczności w lewo i w prawo. Na bramie wisi okrągły,
staromodny dzwonek, pokryty kilkoma warstwami odpryskującej
farby. "...bo tu muszę was zostawić" - to doleciał
do mnie koniec zdania Piotrusia. - "Ale zaraz wrócę i
was odwiozę. Zza ogrodzenia widać żółte światła za mgłą, są
jednak cały czas bardzo daleko, jak odległa dekoracja. Piotruś
mówi coś do Cioci, coś wyjaśnia poczym naciska na dzwonek.
Ciocia się już na mnie nie gniewa. Napięta zgoda, przerwana
brzęczeniem elektrycznego zamka w bramie. "Odprowadzę
was", powtarza Piotruś.
Wracamy szybko,
środkiem chodnika, pomiędzy dwoma rzędami statków. Wzdłuż
kadłubów. Ścieka po nich brudna woda z węży trzymanych przez
ludzi, którzy żyją pod samą powierzchnią chodnika na wielkiej
siatce podwieszonej pod nim. Tuż nad powierzchnią morza -
Piotruś mi powiedział. Łatwo tu można zginąć.
Już drzwi. Jak
się zmieniły... Musiało upłynąć sporo czasu. Żegnamy się z
Piotrusiem. Piotruś musi wracać. Musi jechać do Münster,
do Cioci. Czy my byliśmy w Münster? Nie - odpowiada Piotruś
- to było gdzie indziej - Nie zapamiętałem co dalej powiedział,
muszę się spieszyć. Białe drzwi po moim wyjściu zamykają się
same. Już jestem w oknie swojego domu. Ma przyjechać kolega,
naprawi mi lodówkę. Mówi, żebym nie dotykał płynu bo to wcale
nie jest to co ja myślę. W pionowym akwarium w pokoju zainstalował
jakąś błyszczącą konstrukcję z mosiądzu. Jest podświetlana
żółtymi światełkami. Podobno odprężają rybki.