[mhkm] > księga > autorskie > MONTAGBOOK > TRANSPORT
> Odwiedziny
  yahoo - forum dyskusyjne - menel
 
  Michał "Montag" Prochownik

Odwiedziny

    
 

Ciocia jest bardzo znerwicowana. Ciocia mieszka tuż obok, jest gruba i ma niemodną kremową bluzkę ze złotymi guziczkami u góry, trwałą i inne tego typu atrybuty. Ma w Niemczech syna, który ma wąsy i nazywa się Piotruś. Wtedy zobaczyła mnie w tych niebieskich spodniach ze szpilkami regulacyjnymi w nogawkach. Tymi szpilkami niestety nie da się uregulować mojej cieknącej i hałaśliwej lodówki, w której przelewa się coś co jest podobne do płynu rdzeniowego. Wypływa z lodówki i przezroczystymi przewodami opływa cały dom, spływając do prostopadłościennego pionowego akwarium, gdzie się zbiera. Zostawiam mieszkanie, wychodzę. Między płotami z drewna, których końce zabarwione są na świeżo-czerwono (z zaciekami) - spotykam Ciocię. Wtedy właśnie Ciocia i te niebieskie spodnie. Chodziło jej o coś co miało miejsce w dzieciństwie. Że niby ja i jej syn o coś się pokłóciliśmy i ja jemu coś, albo on mnie. Wtedy uciekłem, a wieczorem siedzieliśmy w domu po ciemku i kiedy nikt nikogo nie widział, podjęliśmy decyzję, że trzeba ją zawieźć do syna, który mieszka w Niemczech. Do Münster. Idziemy rano do Münster.

Otwieramy drzwi, białe, przeszklone i wchodzimy do ciemnego holu. Po bokach zwisają ciężkie kable, może zaraz zmiażdży nas zjeżdżająca z góry winda. Musimy się spieszyć. Zbiegamy po mokrej podłodze z grubej, czarnej, karbowanej w przeciwpoślizgową szachownicę blachy. Robi się coraz ciemniej i coraz intensywniejszy staje się portowy zapach ryb i zęzy. Otwiera się zasuwana, ciężka brama i wpada trochę zmatowionego, chłodnego, niebieskawego światła. W oczy bucha nam zapach morza przemieszany z wcześniejszym. Piotruś staje w smudze światła. Jest wielkim chłopem z kędzierzawymi, czarno-mokrymi włosami opadającymi na ramiona. Pod sumiastym wąsem błyszczą wielkie białe zęby. Ciocia wpada w panikę, bo nie może znaleźć chusteczki aby otrzeć łzy wzruszenia. Jednak Piotruś pogania mówiąc, "Spieszmy się, musimy dotrzeć dzisiaj do Münster". Brama rozsuwa się na całego i widać ogromne stalowo-szare morze. Przez środek biegnie ten mokry chodnik z czarnej blachy. Aż do końca horyzontu widać jego ciemną smugę, w dokładnej prostej perspektywie. W jego pobliżu woda jest blado-miedziana. Dalej chodnik jest nieco szerszy, wcinają się w niego dziobami setki różnego rozmiaru okrętów i statków. Wygląda to tak, że blacha okala ich kadłuby jakby była krą, która wokół utworzyła się z wody pod wpływem stalowego deszczu i nagłego ataku mrozu. Mniejsze statki są w niej całkowicie zamknięte. Od czasu do czasu jakiś człowiek ubrany na mokro-szaro, w robotniczym uniformie podnosi część naszego chodnika, która nagle okazuje się kwadratową klapą metr na metr, wychodzi i zaczyna oblewać zablokowany w blasze statek rdzawą wodą z gumowego węża.
Uważajcie, uważajcie... ostrzega Piotruś. Brzydkie, wylewające się ze starych musztardowych czółenek stopy Cioci, drobią w panice po mokrej blasze, tak jakby to rzeczywiście był lód, ale na przystanku przed uciekającym autobusem. Z nieba na końcu horyzontu wyłaniają się kłęby mgły, zza których prześwitują małe żółte światełka. Może to okna wielkich bloków, może jedna wielka ściana jakiegoś iluminowanego barbakanu? Chodnik zmienia się nieco. Teraz środkiem biegną całkowicie zrośnięte z blachą statki, ustawione wzdłuż - równolegle, w dwa rzędy. Idziemy skrajem. Czuję rybny zapach szaro-stalowo-miedzianej wody. "Do Münster!!!" - pokrzykuje ktoś z tyłu - "Idziemy do Münster!!!" Ciocia jest ciekawa jak jest w Münster. - "Czy to Münster? Tam daleko, te światła za mgłą, te wielkie bloki?".
- "Idziemy do Münster!" - twierdząco odpowiada Piotruś. Musimy się spieszyć. Potem odwiozę was do drzwi. Człowiek z wężem wychyla się nagle spod klapy przed nogami Cioci. Ciocia piszczy. Otwarte za szeroko usta, widać ten drgający języczek. "On chciał nam pomachać. Idziemy do Münster!". Piotruś łapie Ciocię za pulchną dłoń.

Ogrodzenie z prętów blokuje nam przejście. Kunsztownie wykonana brama. Stalowy płot ciągnie się przez całe morze i przez chodnik. Aż do końca widoczności w lewo i w prawo. Na bramie wisi okrągły, staromodny dzwonek, pokryty kilkoma warstwami odpryskującej farby. "...bo tu muszę was zostawić" - to doleciał do mnie koniec zdania Piotrusia. - "Ale zaraz wrócę i was odwiozę. Zza ogrodzenia widać żółte światła za mgłą, są jednak cały czas bardzo daleko, jak odległa dekoracja. Piotruś mówi coś do Cioci, coś wyjaśnia poczym naciska na dzwonek. Ciocia się już na mnie nie gniewa. Napięta zgoda, przerwana brzęczeniem elektrycznego zamka w bramie. "Odprowadzę was", powtarza Piotruś.

Wracamy szybko, środkiem chodnika, pomiędzy dwoma rzędami statków. Wzdłuż kadłubów. Ścieka po nich brudna woda z węży trzymanych przez ludzi, którzy żyją pod samą powierzchnią chodnika na wielkiej siatce podwieszonej pod nim. Tuż nad powierzchnią morza - Piotruś mi powiedział. Łatwo tu można zginąć.

Już drzwi. Jak się zmieniły... Musiało upłynąć sporo czasu. Żegnamy się z Piotrusiem. Piotruś musi wracać. Musi jechać do Münster, do Cioci. Czy my byliśmy w Münster? Nie - odpowiada Piotruś - to było gdzie indziej - Nie zapamiętałem co dalej powiedział, muszę się spieszyć. Białe drzwi po moim wyjściu zamykają się same. Już jestem w oknie swojego domu. Ma przyjechać kolega, naprawi mi lodówkę. Mówi, żebym nie dotykał płynu bo to wcale nie jest to co ja myślę. W pionowym akwarium w pokoju zainstalował jakąś błyszczącą konstrukcję z mosiądzu. Jest podświetlana żółtymi światełkami. Podobno odprężają rybki.