O dwudziestej
drugiej na lotnisku międzynarodowym jest sennie. Ciągle trwają
zmiany przy okienkach. Młode kobiety w uniformach wyjmują z
kas fiskalnych plastikowe pojemniki z monetami i zabierają je
na stojące obok kozetki przykryte kocami "Wars". Kładą
się z pojemnikami pod poduszkami i zasypiają błyskawicznie.
Zawsze można wyczuć ten moment bo od razu spadają im buty ze
stóp, które wystają poza obręb łóżek. Nowa zmiana próbuje żartami
przebić się przez swoją senność. Żarówki głośno pękają jedna
po drugiej i gasną pod poczerniałym sufitem.
Jadę na delegację do Australii, podobno mam tu dostać bilet
na samolot. Jest ze mną kierowca - nie ma zębów. Tylu mężczyzn
tłoczy się przy kasach. W kolejkach pocą się bardzo i co chwila
rozluźniają krawaty na wilgotnych szyjach. Dochodzę do okienka,
przedstawiam się, podobno mam tu odebrać bilet do Australii.
Ostatni samolot - jeśli na niego nie zdążę, będę musiał wracać
do miasta, bo tutaj zaraz zamykają, ale ja nie znam miasta.
W mieście na pewno się zgubię. Poza tym, z tego co mówił kierowca,
miasto jest puste. Tu jest tylko lotnisko. Miasto tak jakoś
wybudowali bo lotniska są w miastach, po to żeby można było
dojechać taksówką - tak to tłumaczy.
Poznałem go niedawno, nie pamiętam już zresztą, chyba zasnąłem
w taksówce. Nie, to nie była taksówka, to był samochód służbowy.
Brzęczało w nim radio, choć nic nie było słychać, znaczy żadnych
rozmów. Ale teraz okazuje się, że nie ma mnie na liście pasażerów.
Nie mam biletu do Australii. To chyba wina tej nowej asystentki.
Nie robiła tego nigdy wcześniej, pewnie o czymś zapomniała.
Nie zarezerwowała mi biletu? Zarezerwowała, ale nie kupiła.
Tak mi przynajmniej tłumaczy kobieta zza szyby z pół przymkniętymi
oczami i ziewając. Muszę sobie sam kupić bilet. Ale ja nie mam
pieniędzy. To jest nie mam tyle, tylko jakieś drobne do automatu.
Pytam kierowcę czy mi nie pożyczy, może ma przy sobie tyle pieniędzy,
choć to mało prawdopodobne. A jednak ma. Przyznał się że ma,
ale musi je dzisiaj wydać przed północą na prezent komunijny
dla siostrzenicy. Nigdy nie mówił, że ma siostrę, ale przecież
tak krótko się znamy, a więc nigdy to niewiele czasu. Pewnie
też nie pożyczy mi tych pieniędzy. Ale przecież mój wyjazd jest
ważny, służbowy, to jedyna możliwość. Mówię mu żeby zadzwonił
do firmy to mu potem poręczą i weźmie prezent komunijny na kredyt,
bo pieniądze się znajdą jak tylko otworzą jutro.
Zostało jeszcze kilka działających żarówek, przy których latają
ćmy. Jest coraz ciemniej. Kierowca w końcu się zgadza, ale mówi,
że musi szybko odjechać, to może jeszcze zdąży zabrać skądś
jakiś dowód czy coś - nie wiem zresztą o co mu chodzi. Podsuwa
mi swoją chusteczkę, żebym mu potwierdził pisemnie, że mi dał.
Chusteczka jest z materiału i trudno się po niej pisze, zwłaszcza
że jest zmięta i niezbyt świeża. Oglądam się. Ludzie za mną
są już mocno zdenerwowani. Jak zgasną wszystkie żarówki to pewnie
zamkną lotnisko. Nikt nic nie zobaczy. Płacę za bilet, jest
tak mało czasu. Musiałem jeszcze obudzić kasjerkę. Powiedziała
coś o drugim terminalu, "odlot z drugiego terminala...
Musi pan się spieszyć, szybko, szybko, tam za drzwiami pan znajdzie,
tam dalej..."
Dostałem bilet. Wychodzę. Drzwi są bardzo wypalcowane. Może
lepiej, żeby nie robili wszystkiego ze szkła, potem wszędzie
takie odciski... Na zewnątrz port lotniczy wydaje się nieczynny.
Ciemno w środku. Otwarte okno na piętrze wygląda jak od zwykłego
mieszkania, z firanką falującą na wietrze. No właśnie. Dopiero
teraz czuję jak strasznie tu wieje. Niedaleko jakiś wąsaty facet
w białym garniturze chodzi tam i z powrotem wzdłuż chodnika.
Nie ma już mojego kierowcy. Na parkingu stoją nieregularnie
samochody, każdy pod innym kątem. Jeden - taka półciężarówka
- postawiony jest nawet pionowo. Kółka mu się jeszcze kręcą,
może od wiatru? Palmy gną się coraz bardziej. Facet w garniturze
przytrzymuje kapelusz. Gdzie jest terminal drugi? Kobieta pokazywała,
gdzieś w stronę... chyba tą skąd wieje. Zaczynam iść pod wiatr,
z bagażem. No tak przypomniałem sobie, że mam ciężką walizkę.
Do tej pory niósł ją kierowca. Tam dokąd idę nie ma nic, tylko
ciemność i dziurawa droga. Samolot odlatuje o 23:00. Słyszę
krzyki. Już wiem kto krzyczy. Odwracam się i mimo, że teraz
nic już nie słyszę oprócz wiatru, widzę jak wymachuje do mnie
facet w białym. Lecę z wiatrem w jego stronę. Przy chodniku
stoi mikrobus; światła ma zapalone, choć świecą na pomarańczowo,
tak niemrawo, jakby w aucie kończył się akumulator. Dopiero
teraz zauważam, że facet stał obok przekrzywionego słupka przystanku
autobusowego - tak to wygląda - z napisem "Terminal 2".
Pewnie tym mikrobusem mamy jechać. W środku jest nieprzyjemnie
ciepło i duszno. Wsiadam z walizką. Jedziemy. Lotnisko za mną
coraz bardziej pogrąża się w mroku i pyle. Palmy zaraz się chyba
złamią. Swoją drogą, tutaj chyba nie ma palm, przecież jesteśmy
w Polsce. Ciekawe jak w takich warunkach wystartujemy. Coś mało
ludzi na ten lot do Australii. Takie tłumy były na lotnisku...
Dojechaliśmy?
Przystanek, coś jakby dworzec autobusowy w małej miejscowości.
Napis "kasy biletowe". Rozkład jazdy PKS. Zaraz...
ja jestem przecież na wsi. Na wsi gdzie się urodziłem - 400
kilometrów od portu lotniczego. Jak dojechaliśmy tu tak szybko
tą taksówką? To było jakieś piętnaście minut. Przecież nie spałem.
Wysiadamy wszyscy. Ludzie, z którymi jechałem szybko się rozchodzą.
Może do domów? Nie wiem, gdzie są teraz domy. Wszędzie jest
ciemno. I nagle rozumiem co się stało. Ja byłem na terminalu
drugim!!! Stamtąd miałem mieć samolot. Ten facet pomyślał sobie,
że pewnie chcę do domu. A teraz stoję na wiejskim przystanku
PKS z biletem lotniczym do Australii. Jest dwadzieścia minut
do odlotu. Chociaż zaraz.... Tu przecież obok jest postój. Stąd
taksówkarz Romek woził mnie kiedyś do kina za stare sto złotych.
Może go spotkam? On będzie wiedział, a może kto inny - nieważne,
jak dojechać z powrotem na terminal drugi. Najlepiej w piętnaście
minut. Jeśli zna drogę i będzie jechał szybko to zdążę na samolot.
Biegłem chodnikiem czując jak rączka od walizki coraz silniej
wżyna mi się w dłoń. Zaraz się to skończy, dobrze się skończy.
Wsiądę do samolotu i zasnę. Obudzę się w Australii. W dzień,
a przynajmniej rano. I jest... Jest postój taksówek! Stoi jakiś
samochód. Przyspieszam. W środku ktoś siedzi. Samochód to ten
sam mikrobus, co mnie tutaj przywiózł, może jedzie w kurs powrotny?
Dobiegam do kierowcy i proszę, żeby zabrał mnie z powrotem na
lotnisko. Mam pieniądze, zapłacę. Kierowca nie jedzie na lotnisko.
Pokazuje do tyłu na pasażerów. Jakieś odświętnie ubrane małżeństwo.
Łysawy pan, uśmiechający się uprzejmie. Chyba chciał uchylić
kapelusza ale zapomniał, że go już zdjął. Trochę się zakłopotał.
Za to na ostatnim siedzeniu, trzy identycznie wyglądające dziewczynki
w stroju do komunii (pewnie trojaczki) liżące bardzo różowe
lizaki - takie z kulką na końcu. Wszystkie z wiankami na głowach.
Przykro im ale byli pierwsi, muszą zdążyć na komunię, bo do
północy niewiele czasu, a przecież wszystko musi się odbyć przed
północą - potem będzie za późno. A może to jest niedaleko? Może
kierowca wróci? Nie wróci. Jest zamówiony na całą noc. Ma się
tam upić i zasnąć w samochodzie - tak twierdzi i mruży oczy
z sennym zadowoleniem. Nie pojedzie na lotnisko. Jedna z dziewczynek
pyta czy nie pojechałbym z nimi na komunię? Tam będzie dużo
dzieci, wszystkie na biało, chłopcy też. Tak zarządził ksiądz,
choć sam ubiera się na czarno. Żona miłego pana stwierdza, że
ma rezolutne dzieci i odpowiada im za mnie że "ten pan
nie może jechać na komunię bo leci do Australii, samolotem,
daleko." Zrobiło mi się słabo. Szofer zaczął sennie i powoli
zamykać szybę.
"Tam będzie
dużo dzieci. Wszystkie staniemy na wielkiej polanie. Zrobimy
wielkie koło. Będzie nas widać z wysoka, z samolotu. Pomachamy
panu..."